Anglia vs. Walia. Gdzie dobrze, gdzie nie

Minął miesiąc na Wyspach. Tym razem w Anglii, nie w Walii. Wrażenia niemal równie zaskakujące ;-) Po pierwsze: podoba IMG_20151011_133842mi się! Zaczynam rozumieć Polaków, którzy na Wyspy wyjechali i tam zostali: zadowoleni, nie zmuszeni. Po poznaniu warunków życia w północnej i środkowej Walii wydawało mi się mieszkanie tutaj masochizmem… Czyżby w Polsce było aż tak źle? Czy to przez brak porównania z innymi krajami i perspektyw? Zdumiewające, do czego ludzie są zdolni… W dodatku dobrowolnie… A teraz podoba mi się tu, bo Anglia to  przeciwieństwo Walii. Po pierwsze: mówi się tu po angielsku! W języku, który znam i którego uczyłam się latami…

Po drugie klimat. O ile przełom 2013/2014 był rekordowo brzydki pogodowo, o tyle rok 2015 zaliczać się będzie chyba do jednych z lepszych lat. Odkąd tu jestem, prawie nie padało. Jest cieplej niż w Polsce (gdzie, chyba też wyjątkowo, w październiku spadł już pierwszy śnieg). W ogóle tak ciepłej jesieni jeszcze nie doświadczyłam. Dopiero kilka dni temu założyłam ocieplany płaszcz. A najważniejsze: tu zmieniają się pory roku! Nie jak w walijskiej matni klimatu z podziałem na porę bardziej deszczową i mniej. Teraz tak korzystam z uroków złotej jesieni w prawdziwie angielskim pięknym parku:

P1090564

O ile północna Walia była jednym z najsłabiej nasłonecznionych miejsc na Wyspach, o tyle w Bristolu klimat jest wyjątkowo łagodny a dni słoneczne :-)

Miasto… Jednak lepiej mieszkać w nie za dużym mieście, ale za to z lotniskiem, sensownymi połączeniami kolejowymi, w którego pobliżu są inne miasta / lotniska, a nie w położonym na końcu świata ostatnim przyczółkiem cywilizacji… Nie ma tu tylko kamieni i owiec… Tych ostatnich nie widziałam tu jeszcze wcale! Za to dużo atrakcji, sklepów, w tym polskich, muzea, galerie, teatry, restauracje, kawiarnie, centra handlowe, port… Samo miasto słusznie kojarzy się z czymś eleganckim jak hotel Bristol w Paryżu czy Warszawie. Jest kameralne, urocze, stare i nowoczesne jednocześnie, a całość pasuje jak ulał.

IMG_20151011_152459

Jest tu wszystko, czego dusza pragnie.

Na nudę, monotonię, pogodę, odległość nie mogę narzekać. Podobnie jak na jedzenie, od którego Anglicy nawet nie specjalnie tu tyją. A właśnie Anglicy… Co w tym wszystkim najciekawsze: podobne zdanie mają o Walii wszyscy dotychczas poznani przez mnie rodowici Anglicy:D W dodatku nie są chorobliwie naduprzejmi. Czasami wydaje mi się, że ja bardziej tu przepraszam i dziękuję niż oni. Taki walijski nawyk, pewnie mi minie. Skoro nie wszystko da się załatwić za pomocą trzech magicznych słów (może dlatego, że Walijczycy sami niewiele więcej potrafili po angielsku powiedzieć?), to mam spore pole do konwersacyjnego popisu i nauki angielskiego, już nie na kursie a w codziennym życiu.

Na koniec słowo o domach. Nie są wcale takie straszne jak w Walii, drewniane czy kamienne, zimne cholernie, zbudowane źle i jak na złość, wilgotne, zagrzybione… Mieszka się tu całkiem przytulnie i ciepło, nawet jak przez niekompetencję agencji mieszkaniowej wyłączą jesienią ogrzewanie i gaz… Krany są czasem pojedyncze, czasem podwójne, podobnie okna. Nie ma takiej paranoi przeciwpożarowej (tak, nie pada tu aż tak, żeby się coś miało zapalić od deszczu), nie trzeba się siłować z drzwiami przeciwpożarowymi do łazienki ani mieć okna oznaczonego zieloną tabliczką wyjścia ewakuacyjnego.

Po tym miesiącu rozwiały się moje obawy przed powrotem na Wyspy niczym niespotkana tu przeze mnie mgła. Nie przypuszczałam, że nie zatęsknię ani do tak ukochanego przeze mnie kontynentalnego klimatu ani do polskiej żywności, której tu zresztą mam pod dostatkiem w polskich, tzw. tutaj „europejskich” minimarketach. No i uświadomiłam sobie właśnie, że Walii tak naprawdę nienawidziłam:P Za to Bristol od razu mnie zauroczył.