Co jeść, czego nie i dlaczego

Przez większość życia wydawało mi się, że normalnie albo zdrowo się odżywiam. Byłam jednak długo na diecie bezmlecznej, więc powinnam była mieć świadomość potencjalnej szkodliwości niektórych pokarmów uważanych powszechnie za zdrowe (pytanie: dla kogo? dla młodych, zdrowych mężczyzn, na których robiono badania? dla myszy?). Jednak jakoś cały czas dowiadywałam się tylko o tym, jakie to dane produkty są zdrowe, dlaczego powinno się je jeść, a jeśli nie można ich jeść (a nie: nie powinno się), to jest się chorym (czyżby?) albo coś jest nie tak z daną osobą (jakieś dziwadło, przecież nikt inny tak nie ma), ewentualnie: je się, ma się złe samopoczucie / nienormalne symptomy, ale przecież wszyscy tak mają i to objaw starzenia się (starzenie się przed 30???). Czyżby?

Dopóki nie odkryłam książki dr William Davisa wiosną 2014 r., nie wiedziałam nic o dietach niskowęglowodanowych, o paleo czy potem AIP. Komunikat zawsze był jeden: każde jedzenie (no, może z wyjątkiem słodyczy i fast foodów, chociaż jeśli je się umiarkowane ilości takowych, to też nie ma problemu) powinno się spożywać, bo jest zdrowe i daje same korzyści: witaminki, minerałki, makroskładniki. A jak już coś jest domowej roboty, eko czy bez konserwantów, to już w ogóle samo zdrowie. Naprawdę??? No, chyba nie może nam zaszkodzić powszechnie uważane za zdrowe brokuł, czereśnia, fasolka, płatki owsiane, pomidorek z działki czy wiejski chlebek… Mogą? To nie dla wszystkich są dobre i zdrowe? I to nie ze mną a z tym jedzeniem jest coś nie tak?

No, właśnie. Mamy różne geny, szczepy bakterii i inne drobnoustroje, zdolności detoksykacyjne i tolerancję na wiele rzeczy. Lub nietolerancję, choćby laktozy, kazeiny, FODMAP, salicylanów, alergię na jajka czy orzechy. I o ile jeszcze alergia czy wstrząs anafilaktyczny przeniknęły do mainstreamu, a nawet coraz częściej mówi się o celiakii, to rozpatruje się je konwencjonalnie z punktu widzenia: co jest z tym człowiekiem nie tak, że nie może zjeść takiego pysznego chlebka / zdrowego ziemniaczka / naturalnego jogurtu. A może powinniśmy też zapytać: co jest nie tak z tym jedzeniem? Czy oprócz witamin i minerałów nie ma przypadkiem substancji antyodżywczych, które są bronią biologiczną chroniącą przed zjedzeniem? Nie zawiera problematycznych substancji fermentujących? Nadmiaru cukru? Substancji uzależniających? Nie mówiąc już o pleśniach, toksynach, pestycydach, hormonach, antybiotykach, modyfikacjach genetycznych, sztucznych dodatkach… Bardzo polecam ten krótki przegląd problematycznych pokarmów.

Co robić, jak żyć? Obserwować siebie i eksperymentować na sobie. Nikt nie jest taki sam jak my. Jedni są wegańskimi sportowcami wyczynowymi, inni leczą epilepsję czy insulinooporność dietą ketogeniczną. Nie jesteśmy ciągle tacy sami. Jeden posiłek, jedna nieprzespana noc czy ostry trening mogą zmienić naszą fizjologię. Trzeba stale szukać informacji i drugiego dna, bo prawie wszystko ma swoje dobre i złe strony. Dlaczego więc z jedzeniem miałoby być inaczej? Czy wiem, co jem? Czy wiem, co będzie, jak zjem dany pokarm i czy naprawdę tego chcę / potrzebuję? Trzeba szukać zamienników, sposobów rozwiązywania swoich problemów. Świadomość pomaga; od kiedy wiem, jak na mnie działa nabiał czy pszenica, nie mam najmniejszej ochoty na zjedzenie kawałka sernika czy kajzerki i nic mnie do tego nie przekona. Przecież nie będę sobie szkodzić. Ale można wybrać inaczej. Byle to był właśnie świadomy wybór, oparty na prawdziwych a nie wybiórczych informacjach.