Dieta polska, bezmleczna i azjatycka

A wszystko zaczęło się w nie tak wcale zamierzchłych czasach, tj. w połowie lat 80 ubiegłego wieku;-) Pamiętam, że było wtedy bardzo polsko, przaśnie i komunistycznie. Kiedy pierwszy raz dostałam do zjedzenia banany i pomarańcze, odmówiłam, bo przecież to sztuczne, a nie je się plastiku:D Jednak to, że nie wszystko można było kupić w sklepie i że nie było jeszcze supermarketów, miało swoje spore plusy.Nie wychowałam się w galeriach, nie jeździłam jako dziecko w sklepowym wózku po alejkach w hipermarkecie, dlatego nie uważam tego, co przeważnie dziś się kupuje za jedzenie, tylko w większości za śmieci i nie ma problemu z rezygnacją z produktów na korzyść prawdziwego jedzenia. Doceniam targ, lokalnych rolników, domowe przetwory i wyroby. Uważam, że przygotowywanie sobie posiłków w domu, bez jakiś gotowców czy półproduktów, to naturalna podstawa naszej egzystencji. Reszta to nabijanie kabzy korporacjom typu big food i big pharma.  Ale po kolei. Wieś już wtedy wymierała, ale jeszcze zdążyłam się zapoznać i zasmakować np. w podrobach, czego nie opiszę dokładniej (przynajmniej na razie), bo podroby większość osób obecnie brzydzą, co jest bardzo krzywdzące zarówno dla samych podrobów jak i naszego zdrowia;-) A ja chce się zajmować promocją paleo, więc wolę na wstępnie nie zniechęcać… Pamiętam przełomowy moment pojawienia się kapitalistycznych chipsów! Wow. Ale ich konsumpcja szybko się skończyła, jak stwierdziliśmy, że chyba nie jest to najzdrowsze jedzenie… Były też słodkie bułeczki w sklepiku szkolnym, moment, kiedy pojawiła się znowu moda na ciemne pieczywo. A potem nastąpiła ekspansja supermarketów, konserwantów i psucia żywności. Zaczęły krążyć zatrważające pogłoski o chemii dodawanej do wędlin, mięsa czy pieczywa. Żywność coraz szybciej i bardziej się zmieniała, a na nas padł strach i zaczęło się szukanie alternatyw.

W moim młodym życiu pojawiła się tajemnicza alergia objawiająca się wysypką i… ktoś uznał, że najlepiej będzie, jak spędzę resztę życia na diecie bezmlecznej. Oczywiście dieta ta polegała na wykluczeniu wszystkich produktów mlecznych. Li i jedynie. Nic w zamian, żeby jakoś zbalansować tę wyrwę w jadłospisie. Mogłam sobie tylko popatrzeć na to, co inni jedli… Aha, no i podobno powinnam jeszcze do tej pory być za to bardzo wdzięczna, że tak mnie bezmyślnie uszczęśliwiono na siłę. Co było robić? Jadłam więc codziennie chleb i ziemniaki… Dopiero niedawno się dowiedziałam, że mogą mi one szkodzić równie mocno jak mleko… Ale wtedy nie miałam jeszcze dość świadomości i przytomności, żeby zabrać się za temat. No i nie było jeszcze dłuuuuuuuugo dostępu do internetu, więc nie było nawet jak i gdzie się czegoś dowiedzieć. Trzeba było się też uczyć angielskiego, żeby potem szybko rozumieć, co się dzieje na świecie. Komunizm i ładnych parę pierwszych lat po jego upadku miały jednak tę wadę (inne, bo na pewno takie były, jak kartki żywnościowe, kolejki, zakupy spod lady, znam tylko z opowieści), że nie można było sobie ubogacić diety wartościowymi, zagranicznymi produktami jak… oliwki, awokado, olej kokosowy czy bataty. Tak leciały latka, kłopoty ze zdrowiem to pojawiały się, to znikały, ale jednak sukcesywnie zwiększały, a moja wiedza na temat zdrowia, jedzenia i gotowania nadal była żadna. Poszłam na studia i ponieważ nie mogłam sobie pozwolić na codzienną porcję pierogów na wydziałowej stołówce, co niewątpliwie niezwykle zdrowe, to nauczyłam się przyrządzać moją pierwszą potrawę: naleśniki na wodzie:D Mąka, cukier, jajka, woda, dżem… Gdyby było tam jeszcze mleko, już na pewno nie mogłoby być gorzej. Niestety, cotygodniowe naleśniki na długo zagościły w moim życiu. Podczas późniejszego kryzysu zdrowotnego na studiach żywiłam się już tylko rzekomo zdrowym chlebem z oliwą… Potworna głupota… Potem, jak trochę ozdrowiałam, przeżywałam fascynację kuchnią azjatycką. Jak nigdy nie lubiłam ryżu, tak teraz prawie codziennie lądował na moim talerzu. Dzięki temu, że albo często jeździłam za granicę albo tam mieszkałam, miałam dostęp do produktów, sosów, przypraw czy innych dodatków z najprawdziwszych azjatyckich sklepów, które później wykorzystywałam w swojej kuchni. Albo chodziłam do restauracji i oczywiście uważałam, że kuchnia azjatycka jest najzdrowsza na świecie… Ryż, warzywa, brak mleka… Cudownie. Jeszcze do tego mnóstwo soi w różnych postaciach, brak mięsa, ciągle curry… Smakowała mi też kuchnia meksykańska, kukurydza, fasola, ryż, wszystko na ostro. I oczywiście nie mogłam zrozumieć, dlaczego coraz gorzej wyglądam i się czuję… A tak się starałam, nieudolnie, ale zawsze. Do tego dużo stresu, mało snu, za intensywny sport i piwo. W końcu nadszedł ten dzień, kiedy trzeba było znowu zacząć się ratować. Po raz pierwszy w życiu, po tym, jak przerobiłam fascynację psychologią, IT, ekonomią, prawem, polityką, edukacją, modą i mnóstwem innych rzeczy, postanowiłam się wreszcie dowiedzieć czegoś o podstawach swojej egzystencji. Zaczęłam od studiowania diet.