Dietetyczne eksperymenty od diety wątrobowej po paleo. Cz. 1

W 2013 zaczął się poważny remanent w moim menu. Dieta wątrobowa nie zagościła u mnie długo, z dietą odkwaszającą nie umiałam wtedy wiele począć, bo ciągle podstawą mojej diety były rzekomo zdrowe zboża i pseudozboża, i nie przeszło mi nawet przez myśl, że można z nich zrezygnować… czyli zdecydowanie przeważały produkty zakwaszające. Potem diet było wiele, korekt listy zakupów i jadłospisu również. A oto jak szłam i gdzie doszłam na mojej drodze do zdrowia.

Codziennie rano na pierwsze śniadanie gotowałam garnek płatków owsianych z kaszą jaglaną, wiórkami kokosowymi, orzechami, bakaliami, sokiem z cytryny, świeżym imbirem, cynamonem, świeżymi owocami i czym tylko. Wrzucałam wszystkie składniki w określonej kolejności, znanej mi z kuchni 5 przemian, odczekiwałam, mieszałam, jadłam, a za dwie godziny było drugie śniadanie czyli wafelki ryżowe z dżemem np. domowej roboty, z własnoręcznie zrywanych jeżyn, jakimś eko ze sklepu albo miodem od znajomego pszczelarza. Potem na obiad codziennie inna kasza, ryż lub komosa, ewentualnie makaron ryżowy, ostatecznie pszenny pełnoziarnisty, włoski i ekologiczny najlepiej z warzywami i niewielką ilością mięsa, posypane przyprawami, porcja owoców na podwieczorek, a kolacja w formie zupy, sałatki, zapiekanki… Czyż można jeść lepiej, zdrowiej i… więcej gotować? Według chińskiego podejścia potrzebowałam akurat potraw rozgrzewających. Wszystko było więc gotowane, na ciepło, odpowiednio przyprawiane, a mnie zaraz po jedzeniu było dalej zimno… Trochę ruchu, trochę cieplej i znowu zimno… Jednak brnęłam dalej, bo podbudowywały mnie idiotyczne obrazki w internecie, liczne blogi dietetycznych analfabetów, a nawet moje ukochane podcasty. Pewnego pięknego poranka w programie radiowym usłyszałam jeszcze jak Beata Pawlikowska opowiada o tym, jak to robi codziennie na śniadanie bardzo podobne płatki owsiano-jaglane, no, a kto może wiedzieć lepiej, co zdrowe?

Moja dieta, mimo wszystko ewoluowała. Na dowód lista zakupowa, akurat po angielsku:

17.08.13

Turkey Steaks
Tomato & Mushroom Pasta Sauce Vegetarian
Almond Milk Unsweetened
Hazelnut Drink Dairy FreeGluten Free Vegan
Chosen by You Camomile 40 Tea Bags
Gluten Free Oatcakes Dairy FreeGluten FreeVeganNo Added Sugar
Organic Dark 85% Chocolate OrganicVegetarian
Continental Meat Selection
Salad Tomatoes
Gala Apples
Eggs Mixed Weight Free Range
Long Grain Brown Rice
Seed Mix Wholefoods Vegetarian
Wholewheat Fusili Vegetarian
Rigatoni Vegetarian
Gluten Free Belgian Milk Chocolate Rice Cakes Vegetarian
Tomato & Mushroom Pasta Sauce Vegetarian
Little Gem Lettuce
Goats Cheese French Vegetarian

Obejrzałam odcinki kolejnych programów, przesłuchałam podcasty, przeczytałam książki, zaczęłam się stosować do zaleceń. Przeprowadziłam nawet pierwszy w życiu wiosenny post w oparciu o kaszę jaglaną i warzywa, robiłam herbatki z własnoręcznie zbieranych młodych pokrzyw, gotowałam krupnik z kaszą jaglaną, coraz więcej zup, wszystko na ciepło. I faktycznie myślałam, że już złapałam Pana Boga za nogi… Dziwnym trafem ani ze skórą nie było lepiej ani z innymi dolegliwościami.

Nie było dnia, żeby coś nie było nie tak, więc trzeba było wyjść poza kuchnię polską, nawet w najlepszym wydaniu. Zaczęłam czytać „Wheat Belly”, czyli „Dietę bez pszenicy” i przeżywałam poznawczy szok, kiedy zaczęłam się dowiadywać, co może się kryć w danym produkcie, od ilości cukru, glutenu i różnych tajemniczych substancji jak lektyny po najnowsze modyfikacje genetyczne i jak to wpływa na organizm. Nagle okazało się, że lepiej zjeść kawałek sernika (zwłaszcza według przepisu z tejże książki) niż pełnoziarnistego chleba, że mniej cukru jest w cukrze niż w piwie, że przeważnie lepiej jeść gorzką czekoladę niż suszone owoce… A to był dopiero początek odkryć na drodze do low-carb, czyli diety niskowęglowodanowej. A w moim przypadku raczej diety z niższą zawartością węgli.

Wróciłam w międzyczasie z obczyzny do ojczyzny i zabrałam się za stopniową eliminację wszystkich zbóż z diety. Z lekkim żalem rozstawałam się z kaszą jaglaną, którą znałam bardzo krótko, a z truskawkami, masłem i cynamonem stanowiła bardzo smaczny początek dnia… Po powrocie popełniłam pewien błąd, a mianowicie po paru latach poza Polską postanowiłam ponadrabiać zaległości z jedzenia produktów mlecznych. I tak były możliwie najzdrowsze, przefermentowane jak kefir, twaróg, trochę jogurtu, maślanki czy śmietany 30% do kawki. Na śniadanie była teraz jajecznica np. na cukinii, na drugie śniadanie kawa ze śmietanką i kawałkiem gorzkiej czekolady, na obiad mięso z warzywami, na podwieczorek nadal owoce, na kolację twaróg z ogórkami polany stopionym masłem. Nagle coś zaczęło się zmieniać na dobre. Schudłam, zmniejszył się cellulit, przestałam czuć się ociężale po jedzeniu, żadnego odbijania się, zgagi, wzdęć, bulgotania w brzuchu, jedzenia co dwie godziny.  Wow, kto by pomyślał, że te wszystkie dolegliwości wcale nie są normalne i nie trzeba z nimi żyć na codzień!

Nadal jednak nie było najlepiej z moją skórą. Postanowiłam więc zafundować sobie kolejny post. Oprócz książek pani Stefanii Korżawskiej (budujący przykład dla innych filologów!) poczytałam trochę na temat postów, głównie w ujęciu historycznym, a dopiero stopniowo zaczęłam zgłębiać ten temat w oparciu o najnowsze badania. Temat postów często pojawia się w paleo.  Latem zrobiłam 3-dniowy post ścisły, żeby zresetować swój system immunologiczny, bo na to, że tak się stanie, wskazywały wyniki najnowszych badań. Czułam się dobrze, wcale nie byłam głodna, mogłabym tak pewnie jeszcze długo i na pewno zaoszczędziłam sobie trochę czasu i pracy;-). Jednak zgłębiając dalej temat nabrałam wątpliwości, czy mój organizm jest teraz na tyle silny, żeby dorzucać mu kolejny stresor w postaci postu. Może w przyszłości. Muszę też przyznać, że po tych 3 dniach moja skóra wróciła do całkowitej normy, a po paru dniach jedzenia stan się ponownie pogorszył… W przyszłości zamierzam więc powrócić do tematu. Ale to oczywiście nie koniec paleo-przemian i odsłon;-).

Polub lub udostępnij