Dietetyczne eksperymenty. Od diety wątrobowej po paleo cz. 3

Dietę doskonalę ciągle. To mój life-long programme. Z lakto-paleo latem przeszłam na bezmleczne paleo tej jesieni. Poczułam się lepiej i… na dobrej drodze. Bo okazuje się, że paleo to nie dla każdego wszystko;-).

Zaczęłam zgłębiać wszelkie dostępne informacje o paleo, poszczególnych grupach produktów czy raczej pokarmów (trzeba się było nauczyć, na jakie grupy dzielą się warzywa albo co złego tkwi w zbożu;-) i pojedynczych produktach (soja), o poszczególnych w nich substancjach oraz o tym, jak wpływają na ludzki organizm. Tak trafiłam na wiele ciekawych osób, stron i programów przeważnie anglojęzycznych, czasem też polskojęzycznych. Dowiadywałam się, jakie  dolegliwości mogą powodować dane pokarmy i jakie są konkretne sposoby ich leczenia. Tak trafiłam na blog Tłuste życie, na którym po raz pierwszy przeczytałam o dietach eliminacyjnych typu SCD czy GAPS. Jeszcze ich nie przeprowadziłam, ale mam je już od dawna na mojej liście zadań do wykonania.

Paleo nie załatwi wszystkich problemów u każdego. Nawet dieta oparta o naturalne, nieprzetworzone, wysokiej jakości produkty musi zostać spersonalizowana. Każdy ma inne geny, poziom stresu czy historię choroby. Jeśli ktoś ma już chorobę o podłożu autoimmunologicznym, to jedzenie np. nasion, orzechów, warzyw psiankowatych czy jajek (wszystkie jak najbardziej paleo!) będzie nadal nasilać objawy. W tym momencie przychodzi z pomocą protokół autoimmunologiczny, czyli dieta paleo z wykluczeniem dodatkowych produktów. W tym momencie staram się jeść, w miarę możliwości, według tych zasad, chociaż nadal nie potrafię wyłączyć z diety kawy, gorzkiej czekolady ani kokosa… Zamierzam jednak tak zrobić, przynajmniej na jakiś czas. Szczerze mówiąc, niczego mi na tej diecie nie brakuje, jem smacznie, różnorodnie, regularnie i w odpowiedniej ilości.

Jeśli ktoś uprawia sport, to w paleo znajdzie coś dla siebie. Polecam zacząć od Robba Wolfa i choćby tego artykułu. Albo jego podcastu.

Są osoby, którym może pomóc dieta niskowęglowodanowa oparta na paleo produktach czyli dieta ketogeniczna. Znana jest od wielu lat i stosowana np. w leczeniu epilepsji u dzieci, w przypadku niektórych nowotworów czy w leczeniu stwardnienia rozsianego. Dieta na pewno nie zawsze dla każdego. W USA uważana jest nawet za interwencję medyczną i zaleca się stosowanie jej pod nadzorem lekarza czy dietetyka. W świecie paleo wiele osób z nią eksperymentuje, jedni sobie chwalą, inni mniej. Myślę, że kiedyś sama spróbuję, ale na razie mam jeszcze za małą wiedzę.

Żeby było bardziej ekstremalnie, trzeba wspomnieć o postach czyli intermittent fasting. Tu już mam pewne skromne doświadczenia. Myślę, że warto spróbować, jeśli nie ma się większych problemów zdrowotnych, a jeśli się ma, to w określonych przypadkach warto poszukać kogoś, kto potrafi leczyć także w ten sposób. Nie jest to nowy pomysł. Postem leczono od starożytności i chyba nie ma religii bez postów. A w czasach prehistorycznych nikt nie jadł pierwszego śniadania przed wyjściem do pracy… Trzeba było polować albo pościć;-). W tym momencie moje podejście do postu wygląda tak, że wiem, że pominięcie jakiegoś posiłku nie będzie mieć negatywnych konsekwencji, wręcz pozytywne i nie muszę się tym faktem martwić. Mogę też najeść się więcej białka i tłuszczu na zapas, a potem dłużej nie jeść. To też dobry sposób na przetrwanie podróży, podczas której nie mamy możliwości dobrze zjeść, a nie chcemy ryzykować spotkania ze śmieciowym jedzeniem. Jeśli nie mam nic atrakcyjnego do zjedzenia, to nie jem i nie dramatyzuję, aż czegoś nie upoluję w mojej miejskiej dżungli;-).

Wnioski z dzisiejszego posta? Trzeba dużo szukać, czytać, dowiadywać się, próbować, aż znajdzie się swoją drogę, a potem pamiętać, że kierunek zawsze można a czasem nawet trzeba zmienić.