Domowe sposoby na zatkane zatoki cz. I

zdjęcie z anglojęz. Wikipedii

Infekcje zatok są częste. Uważa się, że przewlekłe stany zapalne zatok to jedna z najczęstszych chorób przewlekłych w ogóle! Niby nic wielkiego, ale dyskomfort jest… Czyżby naprawdę nic wielkiego? Zatoki wpływają na oddychanie (trudno o coś bardziej fundamentalnego dla życia i zdrowia), a ich niedrożność tylko poprawia warunki do istnienia patogenów np. bakterii beztlenowych. Mogą powodować problemy ze snem (bezdech senny to preludium do wszelkich możliwych chorób i wypadków). Rzadko, ale mogą zdarzyć się powikłania. Należy też pamiętać o tym, że zatoki mają swój mikrobiom, który może wpływać na mikrobiom w innych częściach ciała jak uszy czy reszta dróg oddechowych. Wiemy, jak niebezpieczne mogą być bakterie w jamie ustnej (próchnica a ryzyko zawału), więc nie lekceważmy tych w nosie. Zresztą chore zatoki, leżące tak blisko mózgu, mogą być powiązane z poważniejszymi chorobami i to dość, że tak napiszę, odległymi w czasie np. z chorobą Alzheimera. Mam nadzieję, że teraz wszyscy już nabrali przekonania, że warto zadbać o zdrowe zatoki;-). Pytanie teraz jak?

Moje zatoki zaczęły szwankować ok. 2011 r., kiedy to lekarka-naturopatka, u której się diagnozowałam i leczyłam, zwróciła mi uwagę na problem. Zaczęło się od lekkiej, nie dającej się prawie we znaki niedrożności lewej dziurki. Leczenie naturopatyczne polegało na zakrapianiu nosa sokiem z cytryny rozcieńczonym wodą (uwaga, woda do wszelkiego stosowania do nosa musi być przynajmniej przegotowana, bo w bardzo rzadkich przypadkach może dojść do zakażenia pierwotniakiem Naegleria fowleri, nazywanej po angielsku bardzo wymownie brain-eating amoeba, które to zakażenie w 98% przypadków kończy się śmiercią). Także jak zawsze, nigdy nic nie robimy bez konsultacji z dobrym lekarzem, czy innym specjalistą o podobnych kompetencjach i odpowiedzialności… Niestety nie pamiętam już, jakie dokładnie były proporcje tego roztworu. Do „zakrapiania” używałam małej strzykawki (oczywiście tylko plastikowej części, bez igły;). Jednak problem nie był wtedy na tyle uporczywy, żebym miała motywacje do zakrapiania, którego od zawsze nie cierpiałam. Nie wiem, więc jaka jest skuteczność tej metody, bo jej właściwie nie wykorzystałam…

Po paru latach z lewą dziurką było lepiej, ale za to zatkała się prawa. W dzień w sumie mi to nie przeszkadza, ale podejrzewam, że w nocy przyczynia się do pogorszenia mojej jakości snu (wybudzanie się, sny, chrapanie:P) i dlatego postanowiłam się z problemem rozprawić. Zrobiłam wymaz z nosa i faktycznie wyszła mi infekcja gronkowcem złocistym, jednak zarówno dietetyk jak i lekarz stwierdzili, że większość populacji jest nosicielem tej bakterii, a ja nie mam typowych objawów dla infekcji bakteryjnej, więc o antybiotykach mogę zapomnieć. Zresztą antybiotykoterapia wcale nie jest taka skuteczna w przypadku przewlekłych problemów z zatokami. Do tego są skutki uboczne, podobnie jak przy użyciu sterydów…

Potem postanowiłam skonsultować się ponownie z lekarzem, który obejrzał mój nos od wewnątrz, stwierdził zaczerwienienie śluzówki wskazujące na stan zapalny (przy czym raczej nie na tle alergicznym, bo niedawno miałam taki epizod w związku z AZS i wszystkie inne dolegliwości minęły po 1 opakowaniu tabletek antyhistaminowych, a zatoki bez zmian…). Dostałam spray z wodą morską (podobny w działaniu do soli fizjologicznej, którą stosuje się też do płukania nosa). Ma on za zadanie wypłukiwać alergeny, zanieczyszczenia i do pewnego stopnia też patogeny, które mogą powodować stany zapalne zatok, obrzęk śluzówki, a tym samym niedrożność.

Po wodzie morskiej nie było niestety żadnej poprawy. Jako backup dostałam od lekarza od razu spray sterydowy, który trzymam nieotwarty i zamknięty w apteczce jako ostateczną ostateczność, zwłaszcza że lekarz uprzedził, że nie należy się do niego zniechęcać, jak przez pierwsze 3-4 miesiące nie będzie efektów! 3 miesiące sterydów???

Następnie wzięłam się za probiotyki. Co prawda nie pomogły mi na AZS, ani na trawienie, ani na alergię/astmę(?), ale może na nos pomogą? Jakkolwiek nie bardzo widzę produkty ani nawet jakieś protokoły ich zastosowania i informacje o ich zastosowaniu (badania naukowe) są skąpe, to jednak uważa się, że mogą nam się przydaćZaczęłam od dostępnej w aptece Rhinogerminy. Jest to spray zawierający dwa szczepy bakterii: Streptococcus salivarius i S. oralis i polecany w zaburzeniach mikrobiomu nosa (dysbakteriozy) np. po antybiotykoterapii. Całkiem przyjemny w stosowaniu (taki słodkawo-drożdżowy zapach). Problem w tym, że wymaga przechowywania w specjalnych warunkach temperaturowych, o czym przeczytałam dopiero w domu w ulotce, więc nawet nie zapytałam w aptece, jak był przechowywany. Do tego jeszcze podróż samolotem i… Nie wiem, czy kiedy zaczęłam go stosować, w ogóle miało w nim co działać, więc może dlatego mi nie pomógł. Do tego zawiera jeszcze jakieś konserwanty.

Druga probiotyczna próba była podejściem DIY. Z tego podcastu trafiłam na bloga poświęconego leczeniu przewlekłego zapalenia zatok przy pomocy bakterii Lactobacillus sakei obecnej w koreańskiej kapuście kiszonej kimchi, produktach do… produkcji wędlin :D Brzmi, jak jakiś absurd, ale podstawą tego podejścia są badania naukowe nad L. sakei. Warto poczytać historie przedstawione na blogu i feedback czytelników. Oczywiście nie jest to takie proste… Nie każde kimchi zawiera odpowiednie bakterie, nie wszystkie probiotyki (bo takie z L. sakei też są) przetrzymają transport itd. Może dlatego mnie nie pomogło. Może powinnam była zrobić własne kimchi, kupić inne… A kupiłam dwa słoiczki kimchi, stosowałam smarowanie nosa sokiem przez 1,5 tygodnia, zero efektu (za to pomogło mi wyleczyć skórę na dłoniach:))), chociaż to bardziej przez wpływ na ph skóry niż jej mikrobiom…

Do tematu probiotyków być może jeszcze powrócę, ale dopiero po skutecznym udrożnieniu zatok, profilaktycznie, żeby uniknąć nawrotów na przyszłość.

W międzyczasie znów wróciłam do naturoterapii. Chociaż może nawet nie naturoterapii, a starej metody medycyny konwencjonalnej, jeszcze z czasów sprzed antybiotykoterapii? Zakrapianie nosa solą fizjologiczną z wodą utlenioną. Metodę przypomniał Jerzy Zięba (temat zaczyna się o. 4o minuty). W skrócie przepis taki: 5 ml soli fizjologicznej wlać do kieliszka, dodać 2 krople wody utlenionej, położyć się z głową w dół, pobrać do zakraplacza I zakropić po połowie do każdej dziurki. Może być uczucie pieczenia za oczami I na czubku głowy. Wydmuchać nos. Ponowić zabieg (w sumie 3 x dziennie). Jeśli nie ma efektu, może być to spowodowane zbyt dużym obrzękiem śluzówki. Ewentualnie roztwór jest za słaby i trzeba dodać kolejne 2-3 krople.

Tak wyglądał mój zestaw do zakrapiania: woda utleniona, plastikowy, jednorazowy zakraplacz i sól fizjologiczna, którą przelałam z oryginalnego opakowania do słoiczka, bo nie podobała mi się szczelność tego pierwszego po otwarciu. Sól fizjologiczną można zrobić samemu w domu (przepis do znalezienia na Wikipedii). U mnie faktycznie efektu nie było nawet po roztworze zbliżającym się do 50%. Poszłam więc do apteki po tabletki z pseudoefedryną Sudafed, żeby udrożnić trochę nos. Niestety dalej nie było efektu, a po tabletkach pojawiły się skutki uboczne (wysypki skórne, na które pomogło wypicie wapna, chociaż wymieniane w ulotce halucynacje byłyby zapewne bardziej egzotycznym skutkiem ubocznym;). Ogólnie samo zakrapianie jest nieprzyjemne i to nawet bez pieczenia za oczami czy na czubku głowy, które trafiało mi się rzadko… Jerzy Zięba zmodyfikował później trochę ten przepis: „Z tym, że zamiast wody utlenionej wolę płyn Lugola (5-7 kropli).” Jodu jakoś się trochę jednak boję… Chociaż może niepotrzebnie i kiedyś jednak spróbuję tego sposobu. Płyn Lugola ma długą historię zastosowania jako antyseptyk i nawet w Wikipedii, która jest bardzo daleka od sprzyjaniu jakimkolwiek metodom „alternatywnym”, można przeczytać np. o zastosowaniu płynu Lugola w przypadku infekcji gardła.

Podsumowując: przewlekła niedrożność zatok jest pospolitą dolegliwością, co wcale nie oznacza, że można ją lekceważyć. Ponadto wcale nie jest łatwo się jej pozbyć, choćby ze względu na budowę anatomiczną zatok. Przejrzałam pod kątem konwencjonalnych metod Pubmed i statystyki podane na różnych blogach, i wcale nie jest tak różowo. Nawet zabiegi operacyjne nie mają powalającej skuteczności (a na te dużo osób decyduje się już po wielu innych terapiach, które zawiodły). Jak zapytałam na Facebooku o leczenie zatok, to dużo osób narzekało, że przyczyna jest nieuchwytna, że jak coś nawet pomaga, to nie leczy… Parę osób zachwalało preparat o nazwie Fixsin, padło też hasło ssanie oleju (oil pulling), dieta bezmleczna, świecowanie uszu, aromatoterapia (olejki eteryczne, o których warto poczytać na blogu Klaudyny Hebdy). Dietę mam, nad resztą się zastanowię. Jednak najpierw postanowiłam wypróbować jeszcze inne podejście, które ma naukowe podstawy i mechanizm działania o szerszym spektrum niż opisane powyżej sposoby, zachęcające opinie wśród stosujących (przestudiowałam recenzje pewnych produktów na Amazonie:D) i prawdopodobnie przyjemne w zastosowaniu (a w każdym razie przyjemniejsze niż powyższe, chociaż w miarę eksperymentowania i przedłużania się problemu mam coraz większą determinację do przeprowadzania zabiegów na moim nosie), jest uważane za bardzo bezpieczne (można stosować u małych dzieci, kobiet w ciąży i karmiących i chyba w ogóle nie znalazłam informacji o żadnych skutkach ubocznych, jak choćby wysuszenie śluzówki!), ma ogromny potencjał na inne zastosowania: zdrowotne, kosmetyczne i kulinarne! Wow, czyli to, co tygryski lubią najbardziej;-) Bezpieczne, proste, uniwersalne. Co to będzie, co to będzie?;-) Dowiecie się z drugiej części posta o zatokach. I pewnie z przyszłych postów o innych zastosowaniach tej substancji, po której wiele sobie i Wam obiecuję:-)