Faza intro diety eliminacyjnej, moje menu, disease management i pielęgnacja skóry

2015-09-12 19.51.43 2bOd środy do niedzieli, czyli przez 4,5 dnia, przerobiłam fazę intro diety eliminacyjnej. Wcześniej byłam przez tydzień na AIP i ponad rok na spersonalizowanym paleo, a przez ostatnie 2,5 roku ciągle modyfikowałam dietę. Ponieważ mam za sobą te wszystkie doświadczenia, jak np. posty, to modyfikacja nie była trudna. Wystarczyło przemyśleć sprawę i się zdecydować. Zresztą to tylko kilka dni, przeważnie 2-5, więc naprawdę da się. Do tego dieta upraszcza zakupy i gotowanie. I jest całkiem smaczna, jak lubi się rosół, marchewkę i mięso (oraz parę innych składników, z których osobiście nie korzystałam). Ja lubię. Myślę, że kolejne fazy będą trudniejsze przez zwiększoną ilość produktów (zmiennych) i dłuższy czas stosowania. Potem zamierzam przejść na AIP i może wrócić na paleo. To w dłuższej perspektywie. A teraz wróćmy do fazy intro.

Jest restrykcyjna, ale krótka! W moim przypadku menu sprowadzało się do mięsa (pieczonego i rosołowego), marchwianki (marchew gotowana przez 3 godz. i zblendowana lub ugnieciona widelcem), marchewki z rosołu w plasterkach i samego rosołu (kości, marchewka, mięso, łyżka soli). Pomijając długie gotowanie (ale przecież gotuje się samo), można oszczędzić trochę pieniędzy i pracy przy tej diecie, nawet kupując produkty najwyższej dostępnej jakości. Do tego duża ilość przefiltrowanej, przegotowanej, ciepłej wody. Ponadto suplementowałam się według planu m. in. glutaminą, Wit. D i C, probiotykami, Omega3, 2 razy byłam na zajęciach na siłowni, ponadto na codziennym spacerze do południa, starałam się wysypiać i nie stresować (co najmniej mi się udawało, błędne koło i nie tylko…).

Moje menu wyglądało tak:

Dzień pierwszy: na śniadanie i obiad kawałek pieczonego kurczaka (free-range) z marchwianką z ekologicznej marchewki (takiej marchewki i kurczaka używałam przez cały czas), na podwieczorek kubek rosołu z marchewką, na kolację talerz rosołu z marchewką i kawałkiem kurczaka z rosołu

Dzień drugi: na śniadanie i obiad talerz rosołu z marchewką i kawałkiem kurczaka z rosołu, na drugie śniadanie i podwieczorek piłam rosół, na kolację kawałek pieczonego kurczaka (zaplanowana była kaczka, ale w sklepie akurat zniknęła) z marchwianką

Dzień trzeci: na śniadanie talerz kurczaka z marchwianką, na drugie śniadanie piłam rosół, na obiad rosół z kawałkiem kurczaka i marchewką z rosołu, na podwieczorek rosół, na kolację to samo co na obiad… i zaczęło się robić monotonnie

Dzień czwarty: na śniadanie talerz rosołu z marchewką i kawałkiem kurczaka z rosołu, na drugie śniadanie kubek rosołu, na obiad pulpety z indyka duszone w rosole z marchewką z rosołu, na podwieczorek kubek rosołu, na kolację kawałek pieczonego udźca z indyka z marchwianką. Żeby poćwiczyć silną wolę nie spróbowałam plantana, którego pierwszy raz w życiu znalazłam w sklepie! Ani na surowo ani w formie paleo muffina… Ale nie omieszkam tego nadrobić i czegoś napisać :-)

Dzień piąty: na śniadanie kawałek pieczonego udźca z indyka z marchwianką, na drugie śniadanie trochę marchwianki, na obiad i na kolację talerz rosołu z mięsem z indyka i marchewką, w międzyczasie piłam rosół. Po kolacji i sesji pilates jeszcze raz rosół z marchewką.

W tym dniu zrobiłam też błąd, co może zdarzyć się każdemu, nawet najlepszemu ;-). Nie wytrzymałam monotonii (moja wina), bycia głodną (długi czas gotowania rosołu czy marchwianki a także pieczenia) i braku prostych przekąsek przez cały czas (też pewnie moja wina), braku rezultatów, na jakie liczyłam i wiary otoczenia, że dieta będzie skuteczna. Ponieważ przystąpiłam niedawno do nauki pieczenia ciast, zrobiłam… cheat meal. Upiekłam muffiny AIP. W składzie były głównie banany, w niewielkiej ilości suszone morele, olej kokosowy, mąka kokosowa, soda i cynamon, zblendowane i upieczone. Tak naprawdę bez jajek nie wyrastają prawdziwe muffiny (albo jeszcze nie wiem, jak to zrobić?), więc określiłabym je jako ciastka.

Samopoczucie: faza intro w moim przypadku przypominała trochę rodzaj postu (ale nie w formie głodówki, chociaż myślę, że jadłam mniej kalorycznie i węglowodanowo niż zwykle) albo po prostu starą metodę leczenia rosołem, o której napiszę więcej w następnym poście. Przez pierwsze dwa dni nic się nie zmieniło, stan skóry także (ale przynajmniej nie było pogorszenia). Pod koniec trzeciego dnia byłam trochę osłabiona, w tym mentalnie, zwolnił metabolizm i schudłam. Pod koniec czwartego dnia zaczęłam być już głodna (długie przerwy w oczekiwaniu aż ugotuje / upiecze się kolejna porcja jedzenia). Poza tym nie miałam żadnych dolegliwości poza skórą. Na piąty dzień dieta zaczęła mnie już irytować. Pewnie by tak nie było, gdyby zaszła jakakolwiek poprawa…

Efekty: praktycznie brak jakichkolwiek problemów, czy jak u mnie, nawet odczuć trawiennych.  Lekko schudłam bez podjadania, cellulitu znów prawie próżno szukać:D Ale może to też kwestia nowych ćwiczeń na siłowni i dłuższych spacerów. Brak jakiejkolwiek poprawy stanu skóry. Pod tym względem uważam przeprowadzoną teraz dietę za nieskuteczną, o ile w tak krótkim czasie każdy może oczekiwać poprawy. Może jestem szczególnym przypadkiem… Pewnie tak, skoro od 25 lat właściwie nie udało się odkryć żadnych jednoznacznych zależności między dietą czy innymi czynnikami, a objawami, ich nasileniem oraz długością występowania. Raz szkodzi to, raz tamto, raz pomaga picie wody, innym razem relaksacja… Raz coś nie szkodzi, innym razem wszystko szkodzi. Mimo coraz lepszego managementu (specjaliści, różne terapie, dieta, pielęgnacja, wiedza).

Co dalej? Planuję dietę zbliżoną do diety eliminacyjnej SCD, aż skóra jednak się wygoi. Pierwsze produkty, jakie włączyłam do jadłospisu to banany i kawa z cykorii. Może uda mi się wytropić jakieś inne problematyczne produkty poza tymi, które są niewskazane na AIP. Potem AIP i zobaczymy… Jak nie nastąpi poprawa, to trzeba będzie pójść do lekarza po jakiś doraźny środek, chociaż trochę szkoda obecnego wysiłku (pewnie więcej takiej diety na swojej skórze nie będę przerabiać, raczej będę się uczciwiej trzymać AIP).

Zabrałam się też za disease management, czyli zarządzanie chorobą (jeśli to się tłumaczy na polski). Właściwie jest to pojęcie znane mi z konwencjonalnej medycyny, a w paleo / medycynie funkcjonalnej w wydaniu amerykańskim często właśnie za to krytykuje się medycynę konwencjonalną, która zamiast szukać i usuwać przyczyny choroby (często złożone, przez to trudne do rozpoznania), sprowadza się do zarządzania chorobą. Ale jakoś trzeba było to wszystko nazwać… Zaczęłam prowadzić dzienniczek, gdzie zapisuję, co jadłam, jak się potem czułam, co piłam, jak spałam, jaka była moja aktywność fizyczna i poziom stresu danego dnia, co jeszcze robiłam / zauważyłam. Założyłam ją w zwykłym arkuszu kalkulacyjnym, więc teraz mogę pisać w nieskończoność i może wpadnę na jakiś powtarzający się wzór (tak naprawdę nigdy nie mogłam do końca stwierdzić, co mi na pewno szkodzi, mimo testów itd., mam chyba bardzo opóźnione reakcje, a przyczyny i organizm się zmieniają). Dzięki temu będę też mieć pełną historię choroby. Zrobiłam też notatki z tego, co pamiętam z poprzednich epizodów. Pamiętam niewiele, tylko ogólny zarys, ale zawsze coś.

Mój problem objawia się na skórze, stąd też parę słów o pielęgnacji. Zamierzam napisać więcej na ten temat, ale pokrótce: staram się, żeby było jak najbardziej naturalnie. Poza hypoalergicznymi mydłami smaruję skórę olejem kokosowym, masłem shea i… smalcem gęsim. Jest to tłuszcz najbardziej z nich wszystkich zbliżony do ludzkiego, więc wydaje mi się najlepszym wyborem. Oczywiście lekki zapach kotleta pozostaje, ale nie zapominajmy, że z takich tłuszczy robiono kiedyś kosmetyki i pachnidła, więc jak ktoś chce, to pewnie można pokombinować z nagietkiem czy rumiankiem… Na noc czy poza domem stosuję kremy z apteki bez recepty (alantan, mediderm).

Aktualizacja 25.11.15

Zaczynam reintrodukcję na diecie eliminacyjnej. Oprócz mięsa, rosołu i marchewki pojawił się w niej olej kokosowy, banan i cukinia. Widząc jeszcze kilka innych produktów w kuchni, które pojawią się niedługo w mojej diecie, teraz naprawdę doceniam to bogactwo barw, faktur i smaków :-)

  • Viola Maz

    O boże, jakbym o sobie czytała, prowadzenie dzienników, boczna obserwacja. Ja na AIP nie byłam, ale za to na diecie surowej, jadłam same warzywka i trochę owoców, potem wprowadzilam orzechy, potem znów wyeliminowałam. Kawy w ogóle nie piłam. Potem doszło do tego, że uwierzyła że wszystko mi szkodzi, a problemow trawiennych miałam jeszcze więcej. Takie diety wpływają strasznie na psychikę… Ale Tobie życzę powodzenia. Gdybym znała AIP 3 lata temu, to bym na 100% spróbowała i się jej trzymała. Ale teraz to już nawet 100% Paleo nie udaje mi się przestrzegać. Pozdrawiam z kubkiem kawy kuloodpornej.

  • Pewnie jest calkiem sporo takich osob jak my;-) Niestety sama dieta sie wszystkiego nie zalatwi. Czasem warto sie skonsultowac ze specjalista, ktory obiektywnie na nas spojrzy i doradzi badania, suplementacje czy inne terapie. Nie wiem, czy dieta surowa jest bezpieczna przy problemach autoimmuno, bo takie pokarmy sa na poczatek trudniejsze do strawienia. Moze popatrz bardziej w kierunku GAPS lub SCD? Dla mnie paleo AIP po wprowadzeniu kakao i orzechow jest naprawde przyjemne:-) Ale faktycznie, warto zachowac ostroznosc. Z 10 lat temu mialam tez dosc ciezki epizod (uzywalam wtedy masci sterydowych, ktore totalnie przestaly dzialac) i zostalam przez rodzine wpedzona w diete zlozona z chleba z oliwa… Masakra. Na szczescie uwolnilam sie i od takiej diety, i od rodziny:D
    Przy problemach ze skora bardzo wazna jest tez pielegnacja i u niektorych to zalatwi problem, a u malych dzieci taka profilaktyka moze w ogole nie dopuscic do rozwoju choroby.
    Zapomialam jeszcze napisac przy okazji odpowiedzi na inny komentarz, ze w UK problemy moga byc spowodowana twardoscia wody (ja mam tu dosc twarda). Slyszalam tez, ze chlor moze podrazniac skore, jesli dodaje sie go do wody. Filtruje wiec teraz wode i do picia, gotowania oraz pod prysznicem.

  • Pingback: Jak przeprowadzać reintrodukcję na diecie eliminacyjnej? | zdrowie-paleo()