Usterki w mieszkaniu i ich naprawa (plus post scriptum!)

Dziś uświadomiłam sobie wyjątkowo wyraźnie różnice w podejściu do rozwiązywania problemów w różnych krajach na przykładzie usterki w mieszkaniu. W dodatku w bardzo prozaiczny sposób.

Od dwóch miesięcy informujemy właściciela mieszkania o usterce, mówiąc bez ogródek, o wodzie cieknącej ze spłuczki w toalecie. Woda płynie sobie równą strużką, więc nie jest to, jego zdaniem, nic poważnego… Dzisiaj dowiedziałam się, też od niego, że to nie problem, bo w UK jest za dużo wody i tylko patrzą, jakby się jej stąd pozbyć. Czyli, że jak cieknie, to dobrze, bo wody będzie mniej… Jakie to proste! I życie znów jest piękne… Hmm, jednak nie. Tym razem okazało się, że cieknie już za bardzo (odgłosy w mieszkaniu przypominają te nad brzegiem strumienia). A wszystko to wina, jak przy każdej innej usterce, dizajnu! Po prostu toaleta nie jest brytyjska i nie da się jej naprawić inaczej, jak tylko wymienić… To, że to „taki dizajn” i nie da się już nic zrobić, słyszymy prawie przy okazji każdej usterki. Po prostu landlord (takie ładnie brzmiące słowo, a tak brzydko będzie mi się kojarzyć…) woli wydać kasę na tandetę i potem tłumaczyć się, że tak to jest zrobione i nic się na to nie da poradzić. Zamiast narzekać, trzeba z godnością, po brytyjsku, znosić przeciwności losu (manifestujące się tu jako, moim zdaniem najtańszy i najbardziej tandetny, dizajn).

Z dizajnem to jest też często tak, jak z naszymi drzwiami wejściowymi. Właściciel postanowił załatwić za jednym zamachem dwa problemy, wymienić stare drzwi i zdemontować Bogu ducha winną skrzynkę na listy. Nowe drzwi mają teraz klapkę, przez którą bezpośrednio do środka można wrzucić korespondencję. Świetnie. Tylko tak się akurat składa, że przez ten otwór, będący zaiste szczytowym osiągnięciem myśli technicznej, do środka dostaje się też deszcz. Właściciel niepocieszony, bo to… dizajn, który kosztował go fortunę! Tu akurat muszę się z nim częściowo zgodzić. W porównaniu z Polską, a nawet Niemcami, kupowanie tandety jest tu naprawdę kosztowne…

Mamy już marnowanie wody z premedytacją, dizajn, dizajn kosztujący fortunę, a teraz najlepsze, mamy też przyczynę problemów w mieszkaniu. Ta przyczyna to my. I nie chodzi wcale o jakieś zużycie materiału, niewłaściwe użytkowanie. Nie. Chodzi o chamstwo. Jesteśmy very, very rude. Bo pan ma problemy rodzinne i inne, a my mu z takimi pseudoproblemami… Woda się leje, w zimie nie działa grzejnik, temperatura w mieszkaniu wynosi 14 stopni (Celsjusza), tyle go to kosztuje (wszystkie naprawy razem wzięte nie przekroczyły miesięcznego czynszu, a trochę już tu mieszkamy…), więc jak my mamy jeszcze czelność… No. Też nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć. Very sorry.

Btw, przez kilkanaście ostatnich lat mieszkałam w kilkunastu miejscach w kilku krajach. Głównie podczas studiów, więc, siłą rzeczy, luksusów nie było. Abstrahując od polskich akademików, w których nigdy nie mieszkałam, ale w kilku byłam, jakość polskich czy niemieckich kwater bije brytyjskie na głowę. Cena również. Nie znam studiujących tu osób z Polski czy Niemiec, które miałyby inne doświadczenia czy opinię. Zdecydowanie nie polecam weryfikacji…

Podsumujmy różnice. W Polsce, jak się woda gdzieś leje, to się to szybko i skutecznie naprawia, żeby nie płacić wysokich rachunków. Jak się coś robi, to się robi dobrze. Wzywa się złotą rączkę, na szczęście bez znajomości słowa dizajn i po bólu. W Niemczech Handwerker to już obszerniejszy temat, ale efekt mniej więcej ten sam. Tylko, jak zgłasza się problem, to dłużej się czeka, aż przyjdzie pan w odpowiednim stroju, przeważnie z laptopem wśród narzędzi pracy, często mówiący w najprawdziwszym miejscowym dialekcie i też po bólu, chociaż czasem trochę trzeba wybulić. Brytyjskie rozwiązanie jest nieco inne. Po pierwsze, jak woda cieknie, to niech cieknie, wreszcie będzie jej mniej. Czy to nie jest jeszcze jasne? Ok, idźmy dalej. Po drugie, po co robić problem, gdzie go nie ma? I tak się nie da naprawić, bo to taki dizajn, czasem nawet kosztujący fortunę. Taka kultura i trzeba to po prostu uszanować, żeby nie wyjść na zwykłego chama. Chociaż osobiście wole mieszkać pośród chamów niż cieknących kranów.

Post scriptum z perspektywy czasu i bogactwa nowych doświadczeń

Właśnie przeżyliśmy kolejny (ale czy ostatni?) epizod związany z dizajnem w naszej wiejskiej willi walijskiej (domy mają tu imiona, o tym potem, ten ma willę, przynajmniej, w nazwie). Właściciel o wielkim sercu, tzn. z krwawiącym sercem, bo przecież grozi mu znowu utrata fortuny, postanowił nam pomóc. Przeprowadził śledztwo, jakiego, jestem tego pewna, nie powstydziłby się Sherlock Holmes. Najpierw zidentyfikował winowajcę w toalecie. Okazała się nią być jakaś bezczelna uszczelka. To jednak nie rozwiązywało jeszcze sprawy. Trzeba ją wymienić. Należało więc wytropić producenta nieszczęsnego sprzętu. Śledztwo zostało zakrojone na szerszą skalę, tj. na okoliczne sklepy hydrauliczne. Dzięki najnowszym technologiom informacyjnym byliśmy przez naszego dzielnego detektywa informowani na bieżąco o każdym jego kroku. To już nie był Holmes. To był Bond. Tylko on mógł poradzić sobie z intrygą, która w międzyczasie okazała się międzynarodową! Skuteczne śledztwo wykazało, że toaleta to foreign import a nie zwykły dizajn! Foreign import to taki wyjątkowy dizajn, który prawdopodobnie nie kosztował fortuny i został zakupiony dla tejże przyczyny, winni jego powstania są absolutnie nie do złapania, a sam foreign import pozostaje nie do naprawienia nawet dla najprawdziwszego brytyjskiego bohatera.

PL:DE:UK

1:1:0

Polub lub udostępnij