Holistycznie o chorobach

Im więcej dowiaduję się o zdrowiu, tym bardziej ewidentne staje się dla mnie to, że nie ma czegoś takiego jak bycie trochę chorym. Albo jest się całkiem zdrowym albo jest się chorym. Dobrze funkcjonujący organizm ma zdolność do samonaprawy, więc jeśli choćby jeden organ czy miejsce w organizmie jest chore, to w mojej opinii znaczy, że  organizm jest przeciążony i nie ma już siły sam się wyleczyć. Wniosek: cały system jest chory. Trudno mi zatem zrozumieć logikę wypowiedzi typu: „jestem zdrowy, tylko mam problem z żołądkiem” albo „na nic nie choruję poza alergią”. Czy żołądek (nerka, gardło, kręgosłup etc.) funkcjonuje w oderwaniu od reszty ciała? Czy nie wpływa na całość a całość nie wpływa na żołądek?

Podobnie, gdy mamy już jakieś objawy. Na przykład podkrążone oczy, chociaż co noc się dobrze wysypiamy. Co może powodować taki stan rzeczy? Może to przez tarczycę? Może przez nerki? Może to za niski poziom kortyzolu? Może są jeszcze jakieś inne powody? Może przyczyn jest wiele? Może wszystko naraz? A co np. z niedoborem żelaza w organizmie? Ile jest potencjalnych przyczyn? Ile skutków? Ile badań i terapii? Szukanie przyczyny w chorym systemie to jak szukanie igły w stogu siana. Poza tym jedna choroba może powodować wiele symptomów, a te same symptomy u dwóch osób mogą być oznaką zupełnie innych problemów zdrowotnych albo tego samego problemu, ale o zupełnie innym podłożu… Lepiej dbać o zdrowie zawczasu i całościowo, niż potem prowadzić zawiłe śledztwa o wątpliwym wyniku.

W jakiejś książce przeczytałam kiedyś, jak wyglądało podejście do zdrowia i leczenia w dawnych Chinach. Otóż lekarz (a w każdym razie odpowiednik współczesnego lekarza;-) pobierał opłatę tylko wtedy, kiedy pacjent był zdrowy. Zadaniem lekarza było więc utrzymywanie pacjenta w dobrym zdrowiu a nie przy życiu (i często dalej w chorobie). Bardzo mi się podoba takie podejście. Myślę, że współczesna medycyna powinna dążyć do osiągnięcia takiego stanu rzeczy. Byłoby to z korzyścią dla wszystkich.