Jak (nie) zostać nauczycielem w PL, DE czy UK

Nie dlaczego ani po co, ale właśnie jak. Co zrobić, skoro już się zdecydujemy, że chcemy pracować w szkole? W Polsce skończyłam studia filologiczne ze specjalizacją pedagogiczną (nie było wyboru na mojej uczelni). Nie myślałam w sumie o pracy nauczyciela, ale skończyłam jedne studia, zaczęłam drugie i trzeba było poszukać pracy. Było to już parę lat temu, więc nie pamiętam dokładnie kiedy, ale jakoś w wakacje obdzwoniłam wszystkie szkoły w mieście i okolicy, z którego pochodzę (ok 5o tys. mieszkańców) i znalazłam tam dokładnie 0 godzin, potem obdzwoniłam wszystkie szkoły z niemieckim, jakie znalazłam w najbliższym większym mieście (250 tys. mieszkańców) i znów 0 godzin.

W najlepszym razie słyszałam, że jeszcze jakbym była anglistką, to w jakiejś wsi by się znalazła praca, ale ten rynek też się już nasyca… Na niżu demograficznym moja przygoda pedagogiczna w Polsce się zakończyła.

Myślę, że z perspektywy czasu obdzwoniłabym jeszcze kolejne większe miasto w pobliżu, miasto wojewódzkie i miasto, gdzie studiowałam, a także osoby będące nauczycielami w rodzinie i mieszkające w jeszcze innych miejscowościach. W Niemczech i UK było trochę inaczej.

Do Niemiec przeniosłam się właśnie na te kolejne studia i w pewnym momencie pomyślałam znów o wykorzystaniu kwalifikacji i pracy w szkole, zwłaszcza że wiedziałam, że w wielu krajach związkowych były niedobory kadrowe. Był to środek kryzysu w strefie euro i na świecie, wschodnie Niemcy… Postanowiłam zacząć od uznania kwalifikacji (z dyplomem nie było problemu, tj. nawet potrzeby uznawania czegokolwiek, jeden z uniwersytetów w stolicy Niemiec chętnie przyjął mnie na studia doktoranckie z translatologii). Z kwalifikacjami już mi tak dobrze nie poszło. Musiałam złożyć wniosek do Senatsverwaltung für Bildung, Jugend und Wissenschaft o uznanie kwalifikacji (Anerkennung). Do formularza trzeba było dołączyć życiorys, dyplom i tłumaczenie dyplomu z suplementem na niemiecki (suplement w jęz. ang. nikogo tam nie interesował), świadectwo maturalne z tłumaczeniem (jakby dyplom uczelni wyższej pozostawiał wątpliwości co do ukończenia szkoły średniej…), kopię paszportu i jakąś opłatę. Więcej informacji o wniosku  i innych wymaganych dokumentach znajduje się tutaj. Moje kwalifikacje oczywiście nie zostały uznane, bo w Polsce studiuje się zasadniczo jeden przedmiot a w Niemczech dwa i potem można uczyć dwóch. W sumie nie wiem, jaki jest tego sens, ale może jakiś jest. Musiałabym więc uzupełnić kwalifikacje na uczelni (i tu trochę trzeba było pokombinować, pamiętam konsultacje na jednym z uniwersytetów i rozmowę o szarej strefie w takich przypadkach…). Dobrze, że w Berlinie studia są bezpłatne. Ale nie to było najlepsze. Ani to, że spokojnie mogłabym nauczać tam polskiego, mając polską maturę, bo poziom polonijnej edukacji w Berlinie nie jest najwyższy. Ani że trzeba by było robić jeszcze referendariat (ze dwa lata pracy w szkole, już trochę płatnej) ani to, że w całej federacji, w każdym kraju związkowym były inne wymogi, przedmioty i ogólnie wielki bałagan z przenoszeniem kwalifikacji wewnątrz Niemiec!!! Ani to, że państwo robi wszystko, żeby kolejni nauczyciele nie mieli statusu urzędnika (a co za tym idzie, lepszej pensji, ochrony, emerytury, chociaż za to są np. winni większą lojalność państwu i nie mogą sobie strajkować jak im się spodoba). Najlepsze było to, że jak w całym Berlinie i w każdym prawie urzędzie, trzeba było petentowi, zwłaszcza zza wschodniej granicy Odry, wszystko możliwie utrudnić. Po paru latach w Berlinie, mieszkaniu w Polsce, Anglii i Walii, myślę, że Niemcy to najgorszy z  nich wybór do pracy i zamieszkania. Ciągle miałam wrażenie, że w sektorze państwowym, z którym jako porządny obcokrajowiec siłą rzeczy ma się sporo do czynienia, wszyscy robili mi łaskę i starali się maksymalnie wszystko utrudnić. No, ale może w stosunku do innych imigrantów i uchodźców napływających do Niemiec już tak nie będą sobie mogli pozwalać… Może to jakiś enerdowski atawizm ekstra dla Polaków. No, trudno. Na szczęście już tam nie mieszkam. Ale do rzeczy. Hitem dla mnie było to, że chociaż skończyłam filologiczne studia magisterskie na najbardziej renomowanej uczelni w Polsce i częściowo w Berlinie, studiowałam znów w Berlinie i mówiłam najlepszą niemczyzną, pani urzędnik zażądała, żebym zdawała egzamin potwierdzający… znajomość języka niemieckiego. Uważam, że to skandal i kompromitacja biurokracji. No, ale trudno. Niedługo potem zdałam egzamin państwowy dla tłumaczy, uprawniający mnie do wykonywania pracy tłumacza przysięgłego. Nieźle, jak na rzekomy brak kwalifikacji językowych, nie? Na szczęście za niedługo wyprowadziłam się z Niemiec i nie zdarzyło mi się za nimi jeszcze nigdy zatęsknić :-)

Za jakiś czas tak się złożyło, że zamieszkałam w Walii i złożyłam wniosek o uznanie kwalifikacji. Uznanie kwalifikacji w Walii okazało się proste, szybkie i bezbolesne. Nawet nie musiałam nigdzie chodzić ani dzwonić. Wystarczyło sprawdzić w internecie, gdzie złożyć wniosek o Qualified Teacher Status, pobrać go z internetu, wypełnić, dołączyć wymagane dokumenty (u mnie tylko kopia paszportu i kopia dyplomu w jęz. ang.). Nie pamiętam, jak długo czekałam na odpowiedź, ale najpierw dość szybko przyszedł list potwierdzający, że otrzymali mój wniosek i niedługo potem dostałam certyfikat, że mam QTS. Co ważne, kwalifikacja potwierdzona w Walii uznawana jest też w Anglii i odwrotnie. Dzięki temu po przeprowadzce do Anglii mogłam już aplikować na oferty pracy dla nauczycieli. To tyle teorii, a teraz praktyka. Z mojego doświadczenia wynika, że ciężko będzie znaleźć pracę w szkole bez doświadczenia w tej pracy i bez doświadczenia oraz referencji z UK. Dlatego możemy nie dostać wielu odpowiedzi na nasze aplikacje, nawet te jako asystent nauczyciela (teaching assistant, TA), od czego często warto zacząć. Co robić? Większe szanse mamy, moim zdaniem, jeśli zaaplikujemy do agencji. Najlepiej specjalizującej się w branży edukacyjnej. Zwłaszcza mniejsze, nowsze agencje mogą być nami zainteresowane. Warto zarejestrować się lub wysłać CV przez stronę agencji. Czasem na odpowiedź przyjdzie trochę poczekać (w moim przypadku były to ostatnio nawet dwa miesiące). Potem czeka nas rozmowa telefoniczna z konsultantem i kolejne etapy rejestracji a na koniec rozmowa w siedzibie agencji, na którą zabieramy ze sobą oryginały dokumentów. Specyfiką tej branży w UK jest paranoja na tle potencjalnych zagrożeń czyhających w osobie dorosłego na dzieci. Dlatego najczęściej wymagane są referencje od 3 osób i oczywiście certyfikat DBS. Jeśli go nie mamy, aplikujemy przez agencję. Kosztowało mnie to 44 funty i czekałam po dopełnieniu formalności (opłata, referencje) ok tygodnia, ale może to trwać też kilka tygodni. Polecane jest zapisać się na update service, na co mamy do 19 dni od uzyskania certyfikatu i co sprawia, że mamy cały czas aktualny certyfikat. Co 12 miesięcy będziemy dostawać maila z przypomnieniem, że trzeba uiścić opłatę. Właśnie zapisałam się na update service i kosztowało to 13 funtów. Jeżeli w ciągu ostatnich dwóch lat mieszkaliśmy dłużej niż pół roku w innym kraju, to potrzebne będzie stamtąd zaświadczenie o niekaralności. Z Polski można je już uzyskać elektronicznie (jeśli mamy podpis elektroniczny) lub pocztą. Nie jest to skomplikowane (wystarczy wypełnić krótki formularz) ani drogie (opłata wynosi 30 zł), a czas oczekiwania może wynosić około miesiąca. Więcej informacji tutaj. Kolejny etap, przynajmniej dla osoby bez doświadczenia w szkole i w UK, to kilka dni pracy jako wolontariusz, żeby mieć już jakieś referencje i punkt zaczepienia. Potem możemy zacząć pracę w szkole:-) Bardzo często zaczyna się od pracy jako nauczyciel czy asystent na zastępstwo (supply teacher). W Polsce na zastępstwo w środę na 5 lekcji za panią od muzyki przychodzi pani od matematyki i jest matematyka… W UK jak nauczyciel zachoruje na dłużej czy krócej albo idzie na jakiś rodzaj urlopu, przychodzi nauczyciel na zastępstwo. Przeważnie z jakiejś agencji. Jest to praca poniekąd dorywcza i często wykonywana przez jedną osobę dla kilku agencji. Może to wyglądać tak, że rano dzwonimy do agencji i zgłaszamy gotowość do podjęcia pracy i jeśli coś mają, to wsiadamy w autobus i jedziemy do szkoły, w której nigdy nie byliśmy, prowadzić lekcje przez jeden dzień. Trudności są oczywiste. Poziom stresu przeważnie wysoki. Plusem jest elastyczność. Teoretycznie pracujemy, ile chcemy. Praca nauczyciela lekka nie jest, a czasem nawet niebezpieczna. Za to dość dobrze płatna, chociaż przez agencję mniej. Praca asystenta? Podobna, ale dużo gorzej płatna, chociaż poziom stresu i odpowiedzialności jest dużo mniejszy.

Muszę przyznać, że trochę deprymujące jest to, że kraj który poniósł koszt mojego kształcenia, nie miał mi nic do zaoferowaniu po zakończeniu tego kształcenia. Niemcy są mi po zebranych tam doświadczeniach głęboko obojętne, a przecież poszłam na studia z zamiłowania do ich języka… Natomiast w UK wzbudziłam zainteresowanie moją kandydaturą, więc ten kraj ma mi coś do zaoferowania i chętnie wykorzysta moje kwalifikacje na swoje potrzeby.

Aktualizacja 20.08.16

Przeniosłam się na powrót do Walii. Po doświadczeniach w północnej Walii (beznadzieja klimatyczna, katastrofalny standard mieszkań), nigdy nie myślałam że zachce mi się powrotu do Walii… Niespodzianka, ale znacznie mniejsza niż np. przeprowadzka z Niemiec do UK… Teraz nauczyłam się, żeby nie dawać się tak łatwo zaskoczyć;-) Ale o tym innym razem. Napiszę całego posta o moich kryteriach liveability i tym, co mnie skłoniło opuścić naprawdę fajne miasto, jakim jest Bristol. Nawet zanim przeprowadziłam się do Walii i skontaktowałam z którąś z poleconych mi agencji (moja poprzednia agencja działa tylko w Anglii), skorzystałam ze skutecznego sposobu na zainteresowanie rekrutera: zaktualizowałam adres w CV na portalu reed :D Pod koniec lipca miałam telefon od konsultanta z jednej agencji i zaraz po przeprowadzce, na początku sierpnia udałam się na rozmowę. Agencje (a przynajmniej ta) w Walii są jeszcze bardziej biurokratyczno-paranoiczne niż w Anglii… Ich kartą przetargową w rozmowach ze szkołami jest having safest staff… Pan był zainteresowany jak na razie tylko papierologią. Oto lista dokumentów potrzebnych do rejestracji:

  • CV od 18 roku życia (bo w UK możnaby skończy szkołę w wieku 16 lat, więc znów musiałam wpisać szkołę średnią do CV)
  • kopia paszportu (nie, dowód osobisty nie może być)
  • kopia dyplomu / innych kwalifikacji
  • dwa pisma potwierdzające aktualny adres (np. list z banku i lokalnego samorządu)
  • referencje od dwóch ostatnich pracodawców
  • DBS z update service
  • zaświadczenie o niekaralności z Polski (jak na razie nikt nie chciał ode mnie tłumaczenia przysięgłego)
  • zaświadczenie o niekaralności z Niemiec (bo mieszkałam tam przez parę lat, a tu wymagają zaświadczeń o niekaralności z każdego kraju, w którym się mieszkało w przeciągu ostatnich 10 lat!), w tym celu musiałam zrobić przelew na 13 euro i wypenić formularz (można po angielsku), a dodatkowo iść na policję z formularzem i poprosić o poświadczenie mojego podpisu (na szczęście sympatyczna pani w okienku zrobiła to od ręki i bez opłaty, co może wyglądałoby u np. notariusza czy konsula)
  • i najnowsza biurokratyczna nowość: rejestracja w Education Workforce Council (formularz tutaj). Nie widzę w niej żadnego sensu poza tym, że ktoś chce ode mnie wyciągnąć pieniądze (15 funtów dla asystenta) i zabrać mi trochę czasu, ale niech będzie…

PL:DE:UK

0:0:1

Polub lub udostępnij