Jak oszczędzić na leczeniu

Leczenie nie jest tanie… Wiadomo o tym co najmniej od czasów Kochanowskiego;-) Ani często nawet dbanie o siebie czy profilaktyka. Co można zrobić, żeby wyszło jednak trochę taniej? Oczywiście można próbować leczyć się samemu, bo dużo osób ze świata zdrowia udostępnia cenne informacje nieodpłatnie. Można kupować suplementy i inne produkty w promocji. Ale czasami potrzebna jest porada specjalisty albo zabieg. Co wtedy?

Można skorzystać z kliniki/przychodni studenckiej. W Polsce nigdy nie korzystałam, bo leczenie prywatne nie jest według mnie aż tak kosztowne, a często dane terapie w ogóle nie są refundowane, więc nie ma co szukać tańszej opcji. Za to w UK skorzystałam za radą bardziej doświadczonej osoby (tu dziękuję, Emilii) i polecam:-) Opłacało się nawet wsiąść w pociąg i pojechać do innego miasta. Nawet licząc czas wyszło taniej… A na pewno nie tak drogo jak lecieć do Polski i tam robić badania czy do dość odległej polskiej przychodni w UK, gdzie i tak można zbadać więcej za mniej niż zwykle w tym kraju.

Konsultacje mogą się odbywać w różnym formacie: może prowadzić je specjalista (np. dietetyk, naturopata) a student/studenci obserwują i potem pomagają ustalić plan działania (wyniki burzy mózgów mogą być bardzo ciekawe i dać obiektywniejszy obraz sytuacji, gdy w jednej grupie są np. weganie i paleowcy, niż gdyby wszystko ustalała jedna, nawet bardzo doświadczona, ale jednak zawsze trochę uprzedzona, w ang. znaczeniu biased, osoba). Do tego można potem mieć niezły argument, żeby poprosić lekarza państwowej służby zdrowia o skierowanie na badania, no, bo skoro dietetyk kliniczny polecił i brzmi to sensownie u danego pacjenta, to normalnemu lekarzowi nie będzie łatwo odmówić. A nie wszędzie wszystko w ogóle da się zbadać bez skierowania (no i koszty znów ogromne). Czasem konsultacje wyglądają tak, że wszystko robi student, a tylko konsultuje plan leczenia czy jakieś trudniejsze elementy z wykładowcą. Tak miałam na akupunkturze, kiedy np. jedna z igieł miała znaleźć się blisko mojego oka:D Brzmi trochę strasznie, ale nie było tak źle;-) Co ciekawe, takie konsultacje dają większą możliwość eksperymentowania, a wręcz są okazją do niego. Dzięki temu miałam możliwość skorzystania z zabiegów, których w gabinecie doświadczonego specjalisty może bym nigdy nie miała zrobionych. I wcale nie były ryzykowne, a… relaksujące.

Akurat tak się składa, że byłam w instytucji kształcącej naturopatów i specjalistów z dziedzin medycyny chińskiej lub pokrewnych (akupunktura, ziołolecznictwo) i przeważnie nie były to ich pierwsze studia np. ja trafiłam na prawnika. Przez tę większą dojrzałość studentów w ogóle też nie miałam wrażenia, że konsultuję się ze studentami a nie doświadczonymi terapeutami. To na kolejny plus.

Ogólnie tak dobrze poszło, że zamierzam nie tylko kontynuować tam konsultacje, ale też wybrać się na podobne do studentów stomatologii na uniwersytecie w mieście, w którym mieszkam. Znam już kogoś, kto przeżył, więc zaryzykuję;-) Czasem takie konsultacje wiążą się też ze spełnieniem określonych warunków np. przyjściem w z góry narzuconym terminie (bo akurat wtedy dany student ma zajęcia), ale jeśli możemy je spełnić, to czemu nie? Plus jest tu natomiast taki, że studenci będą dysponować najnowszą wiedzą i korzystać z nowych metod leczenia, które w zwykłym gabinecie mogą się pojawić dopiero za kilka czy nawet kilkanaście lat.

Mało brakowało, że miałabym też studenta medycyny podczas wizyty w gabinecie u lekarza, ale akurat jak była moja kolej, to student czy studentka gdzieś wybyła. Może jeszcze to nadrobię;-)

Aktualizacja 10.05.17

Już po wizycie u studentów stomatologii. Polecam. Plus jest taki, że wszystko jest bardzo dokładnie sprawdzone. Najpierw zęby, dziąsła, jamę ustną, szczęki i szyję sprawdza studentka, a potem nauczyciel akademicki. Pani profesor (o ile dobrze doczytałam) pochwaliła moje polskie plomby;-) Niektóre były tak dobrane, że w ogóle ciężko było się ich dopatrzyć (zwłaszcza studentce). Dieta paleo służy moim zębom. Kiedyś co pół roku dentystka znajdowała mi ubytek (pytanie, czy naprawdę musiała, czy tylko chciała zarobić), a teraz po półtorarocznej przerwie wszystko było w porządku. Nawet niespecjalnie kamień mi się zrobił. Jedyne co, to muszę uważać na mycie zębów po mocno kwaśnych produktach (cytrusy, woda z sokiem z cytryny albo witaminą C, którą następnym razem kupię jednak w tabletkach zamiast proszku), żeby nie uszkodzić sobie szkliwa. Moja higiena jamy ustnej też działa (mycie zębów pastą bez fluoru dwa razy dziennie i nitkowanie na wieczór, a ostatnio też gumy do żucia z ksylitolem). Ze studentami jest też o tyle lepiej, że nie leczą w celach zarobkowych, tylko edukacyjnych, więc nie ryzykujemy zdrowia naszych zębów i finansów, jak to obecnie ma miejsce w wielu gabinetach nastawionych wybitnie komercyjnie („To może usuniemy ósemki?”, „Ostatnie zdjęcie panoramiczne było dwa lata temu, to możemy jeszcze poczekać, ale można też zrobić nowe”). Jedyny chyba minus jest taki, że większość czynności robiona jest przez studentkę i wykładowcę, więc trwa dwa razy dłużej. Moja pierwsza wizyta trwała 2 godziny (w tym formalności i zdjęcia 2 zębów na wszelki wypadek). Coś za coś.

Polub lub udostępnij