Kursy angielskiego

Jedną z fajniejszych rzeczy, z którymi zetknęłam się w trakcie pobytu w UK, są kursy angielskiego, bezpłatne, w miejscowym college’u czy też, po walijsku, colegu. Pamiętam, że gdy uczyłam się angielskiego w szkole językowej (publicznym jeszcze się wtedy nie śniło o UE ani masowej emigracji) jako dziecko, a potem nastolatka i co jakiś czas, przeważnie na wakacje czy ferie, pojawiały się ogłoszenia o organizowanych kursach językowych w krajach anglojęzycznych, to ze względu na ich ceny, nie było nawet co marzyć o wyjeździe.

Chociaż na kurs niemieckiego w zachodnich Niemczech jeszcze było nas stać. Mając to w pamięci, jak również wszelkie inne opłaty za lekcje i kursy angielskiego w czasie roku szkolnego, w wakacje czy letnie obozy językowe w Polsce, uważam możliwość uczestniczenia przez co najmniej kilka miesięcy w kursie angielskiego tutaj za spory luksus.

Niemniej jednak droga na kurs była trochę kręta. (Nie tylko metaforycznie… Drogi są tu wąskie, kręte i strome, gdy pojazdy mkną niczym strzały między kamiennymi murami i krążą po rozlicznych rondach, mnie wszystko wywraca się w żołądku). Dowiedziałam się o kursach dopiero po paru miesiącach pobytu, trafienie na właściwe zajęcia (metodą prób i błędów słabo ogarniętej pani z administracji) trochę potrwało, a na koniec okazało się, że kursów na naprawdę wysokim poziomie (C2) właściwie nie ma. Myślę, że znalezienie kursu przygotowującego do CPE jest tu równie trudne, co w Polsce. Może wynika to też po części z faktu, że obecnie certyfikat ten daje mniejsze możliwości np. w kwestii przyjęcia na studia. Od tego są teraz inne egzaminy…

Kurs tak naprawdę nie różni się wiele od zajęć, na które uczęszczałam w Polsce. Oczywiście nauka przebiega w bardziej naturalnych warunkach, kursanci mają motywację lepszą niż „wykucie słówek” na klasówkę, nauczyciel to native speaker, a jednocześnie native speaker to nauczyciel. Brzmi to może dziwnie, ale w wielu szkołach językowych w Polsce zajęcia podzielone są między dwóch prowadzących: Polaka-anglistę z przygotowaniem pedagogicznym i native speakera, będącego często zupełnie przypadkową osobą, która wyszła z założenia, że jak już jest w Polsce i jej językiem ojczystym jest angielski, to sobie trochę dorobi, a szkoły językowe wydają się często podzielać to założenie i zatrudniają takich ludzi. Być może na zasadzie na bezrybiu i rak ryba, z której stosowaniem przez kilkanaście lat nauki w kilku szkołach i miastach nie raz się spotkałam. Materiały do nauki są takie same. Trochę mnie to rozczarowało, bo miałam nadzieję, że pod pojęciem English for Life nie będzie się kryło np. powtarzanie nazw najbardziej wymyślnych i egzotycznych sportów ekstremalnych, ale raczej nacisk będzie położony na używanie angielskiego w codziennych sytuacjach. Tym chętniej notuję słownictwo i zwroty „z życia wzięte” podawane przez nauczyciela. Kiedyś uważałam to za zwykłe zawracanie głowy, bo i tak później w testach stanowiących komplet z podręcznikiem te dodatki się nie pojawiały. Teraz to jest for real ;-).

Polub lub udostępnij