Kurs internetowy Understanding Health & Nutrition

Niedawno ukończyłam kurs internetowy Understanding Health & Nutrition. Kurs jest darmowy, trwa do 15 tygodni, z czego na naukę trzeba mieć 10 godzin  tygodniowo i składa się z 6 części (units podzielonych na kilka sessions), po których pisze się prace zaliczeniowe (assessments), a wszystko odbywa się w kontakcie internetowym z nauczycielem. Kurs odbywa się na platformie vision2learn i jest jednym z kilku oferowanych kursów. Jest darmowy, ponieważ jest dofinansowany. Jeśli go nie ukończymy bez ważnej przyczyny, trzeba będzie zapłacić opłatę administracyjną w wysokości 120 funtów. Kurs daje kwalifikacje na poziomie Level 2 (odpowiadające kwalifikacjom na poziomie polskiego gimnazjum). Warunkiem udziału dla obywateli UE jest zamieszkanie w UK, dopełnienie drobnych formalności i udzieleniu przez telefon odpowiedzi na kilka pytań o tematyce kursu, żeby sprawdzić czy się kwalifikujemy.  Czy warto go zrobić, jeśli spełniamy powyższe warunki?Był to mój drugi kurs internetowy i pierwszy, który robiłam w całości on-line. Ta forma nauki bardzo mi odpowiada. Przez niecałe 5 tygodni, codziennie od poniedziałku do piątku robiłam sobie coś dobrego do picia i jedzenia na 2 śniadanie i przerabiałam kolejne części kursu. Zajęło mi to 3 razy krócej niż przewidziane 15 tygodni, bo kurs można zrobić szybciej i tak też zrobiłam, bo zależało mi na miejscu na kolejnym kursie (nie można robić kilku kursów na raz). Ten pośpiech pod koniec kursu był już mniej przyjemny i trochę przypominał naukę w szkole / na studiach i na czas. No, ale to był mój wybór. Następny kurs będę robić już bez pośpiechu, chociaż pewnie i tak skończę go przed czasem. I chyba poświęcałam na to mniej niż obowiązkowe minimum 10 godzin tygodniowo! Kurs jest na poziomie Level 2, więc nie jest to wielka filozofia ;-) Był przyjemnie prosty dla mnie. Kontakt z nauczycielem odbywał się poprzez wiadomości z załącznikami. Zawsze bardzo uprzejmie i na czas. Oprócz oceny assessment nauczyciel dodawał linki do dodatkowych artykułów czy kanałów na youtube. Fajna forma. Osobiście nie podobał mi się system zaliczeń. Wolę zdecydowanie polski czy niemiecki system oceniania, w którym jest określony próg procentowy na zaliczenie i tyle. Zaliczasz albo nie i wtedy poprawiasz. Tu tak nie było… Wszystko musiało być w efekcie końcowym zaliczone na 100%… Jeden unit zaliczałam dwa razy… Najgorsze były te momenty, kiedy trzeba było napisać coś totalnie odtwórczoZdecydowanie bardziej podobały mi się zadania wymagające większej kreatywności jak ułożenie menu czy programu mającego na celu redukcję albo zwiększenie masy ciała. Na certyfikat poświadczający ukończenie kursu i zdobycie kwalifikacji trzeba będzie poczekać około 12 tygodni, co jest spowodowane zewnętrzną oceną pracy mojej i nauczyciela. To tyle o formie i formalnościach. Przejdźmy do treści.

Kurs uczy tradycyjnego, konwencjonalnego podejścia do diety i sportu. Daje też trochę praktycznych porad np. dotyczących przechowywania i przygotowywania żywności. Co więc było takiego konwencjonalnego? Generalnie, niestety, nadal mocno promuje się w mainstreamie diety nisko tłuszczowe (i strach przed tłuszczami nasyconymi, ale o transach nie przypominam sbie przeczytać tam ani słowa), dużo węglowodanów, oczywiście też w formie „zdrowych zbóż” (chociaż było też coś o batatach w tej roli, pewnie dlatego, że to UK, w PL bym się bardzo zdziwiła, gdybym coś takiego przeczytała), jedzenie produktów mlecznych zboża i mleka. Nie podobał mi się jakiś sztucznie udziwniony podział pokarmów nie na białko, tłuszcz i węglowodany, a na węglowodany, warzywa i owoce, mięso i białko, produkty mleczne oraz tłuste i słodkie pokarmy… Nie wiem, kto i po co to wymyślił… Na każdym kroku można był natknąć się na ostrzeżenia przed solą, a przecież kiedy nie jemy nic przetworzonego, nie nadużywamy soli, natomiast dodajemy dobrej jakości sól do naszych pokarmów.  Zapewne bardzo brytyjski był rozdział poświęconyreligiom i ich upodobaniom do zakazów lub nakazów dietetycznych. Nie wiem, czego religia szuka w dietetyce??? Co ma czyjeś widzimisię do faktów naukowych??? Bardzo mi się to nie podobało. Podobnie jak promocja wegetarianizmu i jego różnych rodzajów w stylu demi-vegetarians: wegetarianie, którzy przeważnie unikają mięsa… Masakra. Cytat: Jenny was cooking chips for herself, a vegetarian friend and a Jewish friend. Normally, Jenny would fry her chips in lard (pig fat). However, her normal cooking habits will not be acceptable on this occasion, as chips fried in lard are not suitable for a vegetarian or a Jew. Jenny decides to use vegetable oil instead. I w ten super mądry sposób wszystkie trzy najedzą się toksycznych tłuszczów trans. A nie lepiej byłoby upiec chipsy z plantana z dodatkiem oleju kokosowego?:P Do tego przestarzała śpiewka o zbilansowanej diecie (zbilansowane zostały nawet słodycze itp.), liczenie kalorii jako sposób na prawidłową wagę… Żeby to było takie proste, to byśmy nie mieli epidemii otyłości :D Proponowanie jedzenia 5 porcji warzyw i owoców (jakby fruktoza nie była cukrem i to często problematycznym), picie mleka, żeby mieć… zdrowe kości. A do tego za dużo miejsca poświęcono supermarketom i wysoko przetworzonej żywności. Moim zdaniem takie produkty nie powinny się w ogóle pojawiać na takim kursie, chyba że jako produkty zakazane. Hitem był dla mnie link do strony Nestle z informacjami o specjalnych potrzebach dietetycznych (alergie itd.). Rzeczywiście, świetne źródło obiektywnej wiedzy o zdrowiu… Zapamiętam sobie, żeby na przyszłość wiedzieć, gdzie szukać informacji. Jednak autorzy kursu czasem się też reflektowali i wspominali jednak o alternatywach np. lokalnych, małych niezależnych sklepach, kooperatywach czy zamawianiu cateringu, zamiast jeżdżeniu na obrzeża miasta na mega zakupy w marketach. Ponadto bardzo nie podobało mi się zachwalanie korzyści ze sztucznych dodatków jak poprawa smaku i tesktury, ale kosztem naszego zdrowia i wagi (warto dowiedzieć się więcej w tym temacie o food hyperpalatibility). Jakby jedzenie było dobrej jakości, byłoby dobre i nie trzeba by było dodawać sztucznych składników, żeby nadawało się do spożycia. Zdjecia sztucznych, kolorowych słodyczy też nie powinny się znaleźć w materiałach do takiego kursu. Sporo miejsca poświęcono też zaburzeniom odżywiania jak bulimia i anoreksja, a także coś, czego chyba jeszcze w Polsce tak dobrze nie znamy, tj. BED: binge eating disorder, czyli nadmierne obżeranie się…

Kurs, jak już wspominałam, uczy konwencjonalnego podejścia do diety i sportu, czego się spodziewałam. Trzeba było to wszystko przeczytać i czasem używając parafrazy po prostu przełknąć i przepisać:D Trzeba jednak przyznać, że można było ułożyć paleo menu i plan dietetyczno-treningowy w tym stylu i go zaliczyć. Co też i zrobilam :-). Kurs był też dla mnie okazją do sprawdzenia nie tylko jak sobie poradzę z nauką w takiej formie, ale też jak mi pójdzie w zderzeniu z wiedzą, która mocno odbiega od moich poglądów i wiedzy. Treść czasem mnie irytowała, ale ogólnie dało się przeżyć i będzie to raczej sympatyczne wspomnienie. A poza tym sprawdziłam, że tematyka mi odpowiada i mam nadzieję wykorzystać te kwalifikacje jako pierwszy krok do robienia w przyszłości zawodowo czegoś bardziej zbliżonego do moich zainteresowań i potrzeb niż dotychczas zdobytej formalnej edukacji (filologia i tłumaczenia, chociaż nigdy nie wiadomo, do czego mi się mogą przydać, przecież tyle fajnych książek czeka na przekład i publikację, jak ktoś takie po angielsku / niemiecku ma do tłumaczenia, to dajcie znać ;-).