Kurtka czy koszulka? Chowanie się przed zimnem czy zimny chów?

Gdy w słotny, jesienny dzień ktoś dziarsko przemierza Stary Rynek w Krakowie w bluzie, szortach i klapkach, wiadomo, że to Brytyjczyk. (Chociaż czasem można ich też poznać po innych charakterystycznych zachowaniach.) Gdy przy podobnie, wydawałoby się, niesprzyjającej aurze przedwiośnia między rękawami płaszczów widać w berlińskim metrze rękę wysuwająca się z krótkiego rękawa kolorowej koszulki, to jest to również Brytyjczyk. A jak wyglądają Brytyjczycy we własnym kraju?
Zdarzyło mi się w końcu listopada w, co prawda, dziwnie słoneczny dzień, mieć na sobie grubą kurtkę zimową (co za przyjemne uczucie ciepła :-)) i stać obok chłopaka w koszulce z krótkim rękawem oraz dziewczyny w koszulce… na ramiączkach. Miny może mieli nie całkiem tęgie, ale ostatecznie to pewnie ja wyglądałam tęgo z tymi wszystkimi warstwami ubrań na sobie… Najbardziej fascynujące wydają mi się jednak (nie)młode kobiety późną jesienią (wybrzeże, wiatr, temperatura trochę powyżej 10 stopni Celsjusza) wracające w nocy z imprezy w pełnej, rozebranej krasie, tj. odsłonięty dekolt, brzuch oraz znaczna część pleców. Fakt, że jeszcze nie zamarzły można stwierdzić np. po kuleniu się tych kuso odzianych istot i dreszczu, często w deszczu.
Zapewne to kwestia wychowania, słynnego brytyjskiego zimnego chowu. Pamiętam mężną matkę dającą przykład mężowi i dziatkom, która niczym rasowy mors wskoczyła w przeciętny, jesienny dzień do Morza Irlandzkiego, chwilę popływała, po czym wynurzyła się w ubraniu ociekającym morską wodą i wyszła parskając na brzeg, wcale nie biegnąc od razu się przebrać… Albo taka wdzięczna scena: rodzice idą na spacer kamienistą, grudniową plażą, a między nimi radośnie bieży synek… w samych skarpetkach na stopach. To ja wolę od zimnego chowu chowanie się przed zimnem.