Liveability, czyli gdzie najlepiej mieszkać

globus
skopiowane od @ rogiro

W tym roku mija dokładnie 10 lat od  początku moich zagranicznych migracji. Mieszkałam już w różnym charakterze (studia, praca, własna działalność lub jej brak) w 3 państwach, 4 krajach, 7 miejscowościach i pod kilkunastoma adresami. Nie są to migracje międzykontynentalne, ale jednak jestem doświadczona w przeprowadzkach.

Na początku było mało świadomie, potem coraz bardziej. Większe możliwości wyboru, więcej doświadczenia, wiedzy, wyobraźni, researchu, więcej wymagań. Ostatnia przeprowadzka z Anglii do Walii na początku sierpnia była chyba najbardziej świadoma i najmniej emocjonalna (no, OK, trochę emocji i stresu było, ale też po dobrej kalkulacji, researchu, także w terenie;). Na razie wszystko wygląda dobrze, ale dopiero po dłuższym czasie będzie to można właściwie ocenić, tzn. czy kryteria, na podstawie których wybór padł właśnie na Cardiff, się sprawdziły. Kryteria przedstawiam poniżej w tabelce. Jak ktoś jest ciekawy, to ich rozwój i historię moich migracji też opisuję.

Pomysł na tego posta, porównawczego poniekąd jak sam blog, nie powstał jednak razem z tabelką. Przyszło mi to do głowy dopiero, kiedy natknęłam się na ranking miast The Economist i artykuł o liveability, czyli miastach, w których są najlepsze warunki do życia według określonych kryteriów. To taka lepiej uporządkowana i wyważona wersja mojej tabelki, ale oczywiście ma ona charakter uniwersalny a nie indywidualny, więc myślę, że każdy powinien mieć jakąś spersonalizowaną wersję pod ręką na wypadek przeprowadzki ;-) Zapraszam do zgłębiania tematu!la ciekawych poniżej historia moich migracji i wypracowywania kryteriów, potem moje kryteria w tabelce i trochę o liveability.

Moja historia migracji i kryteria

Zaczęłam migrować mało świadomie. Może nawet było to spowodowane jakoś podświadomie, bo mam teorię, że emigrację mi wmówiono w dzieciństwie jako sposób na wszelkie zło. A może to przez mniej lub bardziej własną awersję do szarej, nudnej, komunistycznej jednolitości… Niemniej jednak wyemigrowałam. Najpierw ze wsi czy też prowincji do miasta, czyli na studia do Krakowa. Jedyne kryteria, które brałam pod uwagę to prestiż uczelni i atrakcyjność miasta. Fair enough. Ogólnie plan wypalił, chociaż z mieszkaniami na wynajem było z czasem coraz trudniej, ceny wzrastały, germanistyka nie okazała się najlepszym kierunkiem na czas kryzysu ekonomicznego, którego wybuch zbiegł się akurat z uzyskaniem przeze mnie dyplomu. Ogólnie jednak cały czas miałam plan, żeby przenieść się do Niemiec, bo były tam może bliżej nieokreślone, ale na pewno lepsze warunki życia. Jeszcze na studiach złożyłam podanie o stypendium na studia za granicą i jakoś tak wybrałam Berlin. Bo znane miasto? Nie wiem w sumie, skąd taki wybór. Prawie nie miałam wtedy dostępu do internetu, więc się za wiele nie zastanawiałam… W każdym razie wyjechałam na rok, stwierdziłam, że był to najlepszy rok mojego życia (czyli że w DE naprawdę jest tak super), brak stresu i kucia, za to ciekawe przedmioty (tłumaczenia), super biblioteki i wyposażenie uczelni, światowy poziom rozrywki w mieście, mnóstwo atrakcji i towarzystwo podobnych mi osób spędzających przyjemnie czas między imprezą, zwiedzaniem a studiowaniem. Wcale nie chciałam wracać. Powrót (a może też i tak intensywny pobyt?) odchorowałam. W tym czasie Niemcy nadal nie ułatwiali życia osobom z tzw. nowych krajów unijnych. Zaczynanie kolejnych studiów nawet z mocno ograniczoną dla studentów możliwością nie uśmiechało mi się. Kontynuacja edukacji zapowiadała się już lepiej. Ale nagle trzeba było iść do pracy po pieniądze. Zaczęłam od praktyk, dostałam pracę u polskiego pracodawcy i wyglądało na to, że prawie 5 lat po przybyciu do Berlina, wreszcie na stałe się tam zaczepiłam. Miasto, komunikacja, rozrywka, zakupy, wypoczynek były nadal super, ale w 2012 roku zbiegły się chyba wszelkie możliwe kryzysy. Ekonomiczny już trwał, a w stolicy Niemiec położonej w ich wschodniej części poza polityką, kulturą, nauką i usługami wiele nie ma. Za to chętnych do pracy w muzeum czy jakiejś prestiżowej organizacji na pęczki. Podobnie jak absolwentów uczelni wyższych i przybyszów zza wschodniej granicy. Do tego dołączył mój własny kryzys zawodowy i przynajmniej częściowo finansowy. W Berlinie jak i w większych miastach w Niemczech, nawet w odległości do kilkudziesięciu kilometrów od nich, trwał kryzys mieszkaniowy. Znalezienie mieszkania bez stałej pracy przy wszystkich formalnościach i castingach graniczyło z cudem. Jakoś ratowałam się akademikami, ale to rozwiązywało problem każdorazowo tylko na kilka miesięcy. Miałam kryzys edukacyjny. Zamiast doktoratu wybrałam egzamin państwowy. Byłam już cholernie zmęczona przeprowadzkami, ciągłymi dojazdami (mimo najlepszemu możliwemu systemowi komunikacji, jak trzeba dojeżdżać autobusem do pierwszego lepszego supermarketu, to jest słabo), stresem, szarpaniem się z biurokracją, więc w końcu doszedł do głosu kryzys zdrowotny. Na szczęście z tej sytuacji wyciągnął mnie wyjazd do Walii. Byłam przekonywana, że jest tam o wiele lepiej niż w Niemczech. Niestety nie do końca okazało się to prawdą. Może nie było walki z biurokracją, tyle stresu, ale za to zimno, deszcz, katastrofalny standard mieszkaniowy i znów prowincja, chociaż piękna w nieliczne, słoneczne dni. Minął prawie rok i stwierdziłam, że sama w tym kraju dalej nie zostaję i wracam do Polski. Jednak wyjazd zaskoczył mnie na tyle,  że zmienił moje podejście do migracji. Bo niby czemu akurat Berlin? Albo tylko Niemcy? Jest przecież jeszcze cały świat… Tymczasem w Polsce miał być znowu Kraków (bo znam, w sumie fajne miasto), już zaczęłam przeglądać oferty mieszkaniowe szykując się do pracy w Business Parku pod Krakowem i martwić o kiepskie połączenia komunikacyjne do domu (z roku na rok coraz mniej), gdy plan szukania pracy zaczął brać w łeb i trzeba było się zacząć spieszyć. I co? W piątek wieczorem przyszło mi do głowy: a czemu nie Łódź? Duże miasto i blisko… W sobotę przejrzałam oferty na rynku pracy i mieszkaniowym, trochę informacji ogólnych o mieście, połączenia komunikacyjne i… to jest to! W niedzielę powysyłałam CV, od poniedziałku odbierałam pierwsze telefony. Parę dni później pojechałam na rozmowę i chociaż pierwsze wrażenie nie było bardzo pozytywne, pracę wzięłam, żeby mieć punkt zaczepienia. Mieszkanie znalazłam po obejrzeniu chyba 4 czy 5 kawalerek w dwa popołudnia i byłam ogólnie zadowolona przez równo rok mieszkania. Chociaż w bloku, w Łodzi na parterze… Ale za oknem drzewa, prawie pod blokiem przystanek, 10 minut spacerem do Manu… Potem był Bristol. Ogólnie decyzja zapadała w trudnych chwilach, ale zapadła. Taki wybór, bo ogólnie informacje o mieście przedstawiały się w internecie pozytywnie, a poza tym to taka mała Dolina Krzemowa, a chodziło o duży rynek pracy w IT. W Bristolu było wszystko OK, gdyby nie mieszkanie i może woda. Mieszkanie ciężko było znaleźć (współdzielone, za kupę kasy, trzeba było szybko brać, co jest) a potem zmienić. A do tego na drugi dzień po przyjeździe zaczęłam chorować (problemy ze skórą, w konsekwencji ze spaniem i nawracające zatrucia pokarmowe). Podobnie, ale lżej chorowali też inni współmieszkańcy, więc było to albo coś w budynku (pleśń?) albo twarda woda i poczynania naszej agencji mieszkaniowej ani właścicielki domu nie wróżyły dobrze skutecznemu rozwiązaniu problemu. W każdym razie dopiero po przeprowadzce do Cardiff moja skóra wróciła do normy… Do przeprowadzki do Cardiff bezpośrednio sprowokował mnie kryzys mieszkaniowy w Bristolu. Skoro tam mnie nie chcą, to nic na siłę. Nie będę się męczyć jak w Berlinie, myślałam po kolejnym oglądaniu mieszkania zakończonym niepowodzeniem. Te poszukiwania mieszkań i przepłacanie za nie (660 funtów za pokój w 5-osobowym domu) znów sprowokowały mnie do myślenia: jak nie tu, to gdzie? Jakie jest najbliższe większe miasto? Zaświtało mi w głowie pytanie z poprzedniej przeprowadzki, które zaprowadziło mnie po powrocie z północnej Walii z domu do Łodzi: jakie jest najbliższe większe miasto? Cardiff. Jak tam jest z mieszkaniami i pracą? Okazało się, że mieszkań jest 3 razy tyle i to tańszych, a rynek pracy i zarobki porównywalne… Mnie nie trzeba było namawiać. Ale skoro w Bristolu było ogólnie fajnie, to postanowiłam dobrze przemyśleć tę decyzję i do tych dwóch głównych kryteriów dodać kolejne.  Potem trzeba było porównać Cardiff z Bristolem uwzględniając kryteria, które przez lata przeprowadzek okazały się ważne, jak szukanie mieszkania, połączenia komunikacyjne, rynek pracy i inne. Pod koniec pobytu w północnej Walii porównywałam w takiej tabelce UK, PL i DE, zastanawiając się, gdzie spędzić następny rok. Po podliczeniu plusów, minusów i znaków zapytania (taki wtedy miałam system) wyszło jednoznacznie, że wracam do Polski i uważam, że była to dobra decyzja. Teraz kryteria były już lepiej wypracowane. W wielu przypadkach na tyle różne, że stara tabelka nie nadawała się do porównania Bristolu i Cardiff. Powstała inna i pewnie będę z niej korzystać, jeśli zdarzy się kolejna przeprowadzka (myślę, że będzie ich jeszcze z kilka, ale oby w przeciągu kilkudziesięciu a nie kilku lat), będę korzystać z tej tabelki i chciałabym się nią podzielić, bo może nie każdy wie, czego się spodziewać i czego chce migrując. To takie moje liveability. Tak powstała moja tabelka porównawcza. Podstawa do decyzji była, trzeba było zrobić plan i go zrealizować: najpierw dwa wyjazdy turystyczne do Cardiff i pozytywne wrażenia, podobnie pozytywne informacje zebrane od znajomych, regularne przeglądanie ofert mieszkaniowych i zawodowych w internecie, na koniec dwa weekendowe wyjazdy na oglądanie mieszkań (w sumie chyba z 10 oglądań).

Tabelka porównawcza i moje kryteria liveability przed ostatnią migracją:

W tabelce są dwa systemy oceny: zero-jedynkowy (mój) i bardziej zniuansowany w skali 1-10. Wyszło i tak na to samo, czyli że Cardiff lepiej spełnia kryteria, które są dla mnie ważne. Parę słów o tabelce. Niektóre kryteria są bardzo indywidualne, jak np. twardość wody. Mojej skórze to nie służy i widziałam problemy skórne u innych osób w Bristolu, więc wolę nie ryzykować zdrowiem. Oczywiście na ten problem jest rozwiązanie: system filtracji do domu, ale to trzeba mieć najpierw własny dom, że robić większą i kosztowniejszą ingerencję. Dostęp do morza czy większego akwenu też nie każdemu jest do szczęścia potrzebny. Za to dom do wynajęcia / kupienia w przystępniejszej cenie czy ilość ofert pracy dotyczy prawie wszystkich.

Kryterium oceny Bristol Cardiff Bristol Cardiff
woda (twardość) 2 5 0 1
powietrze (suchość) 3 5 0 1
morze 2 5 0 1
oferty mieszkań do wynajęcia (dużo) 3 6 0 1
ceny domów (taniość) 3 7 0 1
ceny mieszkań do wynajęcia (niskie) 3 5 0 1
standard mieszkań do wynajęcia (lepszy) 3 6 0 1
zarobki 6 8 1 1
oferty pracy (ilość) 5 8 1 0
leczenie (darmowe leki na recepte) 5 6 0 1
język 5 6 0 1
połączenia lotnicze (bezpośredniość) 8 2 1 0
połączenia lotnicze (taniość) 5 7 0 1
dodatki do pensji 7 5 1 0
spokój 7 4 0 1
rozrywkowość 4 7 0 1
przestępczość (mała) 4 6 0 1
ogródek 2 6 0 1
council tax (niskość) 5 6 0 1
autobusy (cena) 3 2 1 0
organizacja ruchu w mieście 3 6 0 1
klimat (wiatr, deszcz) 4 3 1 0
studia (pożyczka studencka) 1 7 0 1
SUMA 77 104 4 15

Liveability według The Economist

Niedawno natknęłam się na ranking miast według liveability autorstwa ekspertów The Economist. Nie ma tam średniej wielkości / małych miast, więc nie wiem, czy zgodziliby się z moją oceną ;-). Ogólnie z przygotowanego przez ekspertów rankingu wynika, że na świecie nastąpił spadek liveability, czyli standardu życia, w związku z potencjalnym lub realnym zagrożeniem terrorystycznym, ostrzejszymi podziałami na tle rasowym w USA oraz konfliktami zbrojnymi. Miasta w ścisłej czołówce, poza jednym wyjątkiem, leżą poza Europą i nie są to największe metropolie. Duże, ale też nie za duże. Jedyne polskie miasto, jakie załapało się do rankingu 140 miast, to Warszawa na miejscu 65… Myślę, że adekwatnie.

Miasta zostały ocenione w 5 kategoriach: stabilność, opieka zdrowotna, kultura i środowisko, edukacja oraz infrastruktura, które podzielone są na kilka podkategorii np. przestępczość, dostęp do prywatnej opieki medycznej, wilgotność powietrza, cenzura, jakość dróg (w sumie naliczyłam 30, więc o 7 więcej niż u mnie). W każdej podkategorii mamy 5 stopni oceny, od akceptowalnego do nieakceptowalnego, a każda kategoria stanowi od 10% (edukacja) do 25% (stabilność) oceny końcowej. Na koniec dodaje się punkty i miasta, które mają ich najwięcej (najbliżej 100), przodują w rankingu. Myślę, że to bardzo dobry sposób oceny i gdybym moją tabelkę zrobiła w podobny sposób, np. stosując własne kryteria, ale oceniając je jak The Economist, wynik byłby na pewno precyzyjniejszy. Oczywiście kryteria oceny i ich waga zawsze mogą się zmienić. Wtedy można usunąć jakieś (pod)kategorie i rozbudować inne. Student ma inne priorytety niż osoba pracująca zdalnie albo zarabiająca na wynajmowaniu innym domów. Czasami ważna jest też relacja między poszczególnymi kryteriami: np. co z tego, że zarobki wysokie, kiedy koszty życia są równie wysokie albo po prostu za wysokie? Wtedy dobrze byłoby znać siłę nabywczą naszego pieniądza na danym terenie i porównać ją z innym interesującym nas miejscem.

Ostatecznie wymyśliłam taką szczegółową tabelkę porównawczą :-)

Miasto / państwo (0-100, 100=ideał)
Kategoria Podkategoria (0-5)
Stabilność (15%) Stabilność geopolityczna
Stabilność systemu
Zagrożenie terrorystyczne
Przestępczość
Opieka zdrowotna (15%) Koszt ubezpieczenia
Dostępność opieki zdrowotnej
Jakość opieki zdrowotnej
Dostępność terapii naturalnych
Prywatna opieka zdrowotna
Klimat & kultura (20%) Wilgotność
Temperatura
Zachmurzenie
Morze / góry / jeziora
Tereny zielone
Zagrożenie katastrofami naturalnymi / niebezpieczne zwierzęta / choroby
Sport & rekreacja
Zwiedzanie
Posiadanie ogrodu / prywatność
Cisza & spokój
Czyste środowisko / ekologia
Dostępność paleo produktów
Zakupy (w tym online)
Twardość wody
Bariera językowa / kulturowa
Utrudnienia dla obcokrajowców
Biurokracja
Rynek pracy (25%) Wysokość zarobków
Ilość ofert pracy
Wysokość podatku
Warunki pracy
Ilość godzin pracy
Ilość urlopu
Ilość dni wolnych
Dodatki pozapłacowe
Edukacja (5%) Poziom edukacji
Dostępność
Uczelnia wyższa
Infrastruktura (20%) Dostępność mieszkań
Standard mieszkań
Dostępność komunikacji miejskiej
Jakość komunikacj miejskiej
Dostępność komunikacji pozamiejskiej
Dostępność połączeń lotniczych
Organizacja ruchu drogowego
Dostępność własnych środków komunikacji
Polub lub udostępnij