Magia słów. Biała i czarna

Wystarczy posłuchać angielskiego już choćby po wyjściu z samolotu na lotnisku, żeby łatwo zauważyć, jakich słów Brytyjczycy używają najczęściej. W sklepie, w autobusie, w większości interakcji królują thank you i sorry, a zaraz po nich najważniejsze jest please.

Te trzy słowa naprawdę magiczne. (Nad)używając ich można sobie poradzić w wielu sytuacjach komunikacyjnych, wcale nie władając najlepiej angielskim. Polecam poeksperymentować. W dodatku można, bez większego wysiłku, zrobić wrażenie osoby uprzejmej i obeznanej z realiami językowo-kulturowymi, co Brytyjczycy sobie cenią. Nie jest to obłuda, raczej przydatny, łatwy do wyrobienia nawyk językowy. Tak przynajmniej wygląda wersja optymistyczna, białomagiczna bajki językowo-kulturowej, w której wszyscy żyją razem długo i szczęśliwie.

Istnieje również wersja czarnomagiczna, kiedy to trafia się na osobę przewrażliwioną na tym magicznie czułym punkcie albo mającą już swoje, obojętnie jak, ale nieodwołalnie wyrobione zdanie o uprzejmości danej nacji. Wtedy taka osoba rzuca komuś w twarz, niczym klątwę, skądinąd niezwykle miłe, uprzejme i taktowne określenie rude! Mam dziwne wrażenie, że przypada ono często w udziale Polakom, niesłusznie czy słusznie.

Oczywiście świat cały nie jest czarno-biały, jedna nacja nie hołduje tylko białej magii językowej a druga czarnej. Widać to dobrze na przykład wtedy, gdy ktoś skosztuje magicznego napoju alkoholowego. Wtedy często przechodzi językową oraz kulturową metamorfozę i z jego ust nie słychać już tak często wdzięcznego thank, jak przekleństwa fuck. Nawiasem mówiąc, takiego chamstwa, prymitywności, ordynarności i wulgarności, do jakich bywają zdolni pijani Brytyjczycy ze świecą szukać po świecie. No, chyba, że akurat jesteśmy na Rynku w Krakowie…