Nadwrażliwość czy dolegliwość?

Słucham siebie i ludzi ze świata paleo np. Robba Wolfa, Dave’a Aspreya, Sarah Ballantyne. I co słyszę? No, w sumie, że paleo jest super i generalnie jest lepiej niż przed, ale tu coś zjem i nie czuję się optymalnie, tu jakaś infekcja, alergia, zaburzenia snu czy inny problem. I tak sobie myślę, skoro oni tak mają, a robią to dłużej i lepiej niż ja, i na pewno za większe pieniądze, z lepszą technologią, to hmm… Czy coś jest tu nie tak? Przecież kilkanaście lat temu nie czułam się źle (teraz też się nie czuję już źle, ale jak tylko coś odbiega od normy, to zauważam i nie jest to wiek) i uważałam się za okaz zdrowia nie do zdarcia. A może tylko nie wiedziałam, że coś jest nie tak? Może naprawdę mamy jakieś nie zawsze najlepsze geny. Pech. Może akurat trafiliśmy w życiu na takie czy inne nie najlepsze czynniki, które aktywowały nie najlepsze geny (infekcje, alergeny, toksyny). Znów pech i brak wiedzy wtedy. A może po prostu mamy znacznie większą świadomość i samoświadomość, i od razu zauważamy coś, co u innych tli się latami (tak, jestem zdrowy, tylko boli mnie noga / głowa / nerka i chyba zaraz zasnę po obiedzie, ale to pewnie przez tę pogodę) i w końcu wybucha jak pożar nie do ugaszenia. Może jedno i drugie? Może jesteśmy dla niektórych nadwrażliwi. Ale czy nie lepiej mieć na coś nadwrażliwość i w porę rozpoznać ją jako sygnał ostrzegawczy niż wyhodować sobie prawdziwą, poważną dolegliwość? Ja już sobie odpowiedziałam na to pytanie, teraz Wy, a czas pokaże, czyj wybór się sprawdzi.