Paleo poza domem

17453904535_b9a4571588_b
Skopiowane od @ David Becker

Kiedy pierwszy raz wyjechałam na dłużej z domu (na studia na początku w Krakowie tylko od niedzieli do piątku:D), nie umiałam gotować (niestety niedługo nauczyłam się robić naleśniki z mąki pszennej z wodą i dżemem na oleju roślinnym…), więc albo jadłam na wydziałowej stołówce (nieistniejących już w tzw. Syfiankach:D, kto studiował filologię w Krakowie, ten wie;) i tym podobnych przybytkach albo przywoziłam słoiki i pudełka z domu, a w nich mięso, pasztet, chleb, ciasto, pierogi, przetwory… Gdy wyjechałam jeszcze dalej, na studia za granicę, przyjazdy po wałówkę (ale nie tylko) co tydzień czy nawet kilka tygodni odpadły definitywnie. Należało zacząć sobie radzić inaczej. Jak?Trzeba było iść na stołówkę (na niemieckich uczelniach zdecydowanie nie polecam), klecić coś w akademiku albo jadać na mieście. Potem bywałam w domu już tylko raz na parę miesięcy i musiałam się nauczyć sama „zdrowo” odżywiać gotując głównie ryż albo makaron z warzywami i ostrymi przyprawami. Ale zawsze ciągnęło mnie do potocznie uważanego za tradycyjnie polskiego jedzenia jak pierogi, chleb, krówki czy to przy okazji powrotu do Polski czy znalezienia polskich produktów za granicą. Aż pewnego razu odkryłam paleo, wróciłam na rok do Polski, zamieszkałam, jak dotąd najbliżej domu, jakieś 100 km a nie 500 czy 1500 km, przeszłam na paleo i… nastała kulinarna wolność (od bycia słoikiem czy jedzenia czegoś, co ktoś mi akurat podtyka pod nos). Nie trzeba już było przyjeżdżać po zapasy, żeby się najeść, a wręcz przeciwnie, zaczęłam przywozić swoje produkty z większego miasta do domu. Teraz mogę mieszkać w dowolnym miejscu na Ziemi i kulinarnie jest mi to właściwie obojętne. Nie jestem związana z produktami typowymi dla żadnego regionu czy kultury. Ważne, żeby było mięso, warzywa i tłuszcz, i to wystarczy. Owszem, chętnie zjem polską kapustę kiszoną, ale koreańskie kimchi też może być. Globalizacja zdaje się pomagać w życiu (kulinarnego) migranta. To tak na dłuższą metę. A co można na krótszą, kiedy podróżujemy, mamy jakiś okres przejściowy, zmieniamy dietę, styl życia, miejsce zamieszkania?

  1. Zrobić zapas własnego paleo jedzenia i wziąć ze sobą w drogę (chociażby kawałek gorzkiej czekolady, banana, orzechy)
  2. Nie jeść, jeśli nie musimy i nie mamy nic atrakcyjnego do skonsumowania (większość z nas może spokojnie wytrzymać parę godzin, dzień, a nawet dłużej bez jedzenia)
  3. Cheat meal ;-) zjeść coś nie paleo, czego na co dzień nie jemy jak np. kawałek sernika i kawa na mieście
  4. Zrobić zakupy i zapasy wysłać sobie paczkę (tanią paczką do UK możemy przesłać do 30 kg różnych dobrych rzeczy :-)
  5. Poszukać targu albo sklepu oferującego produkty danej kuchni, regionu lub kuchni świata, można poszukać pod hasłem ethnic market albo international food store jak nazywa się nawet polskie sklepy. Ponadto warto znaleźć jakiś polski sklep, sklep z produktami z różnych krajów danego regionu, turecki targ w Niemczech jak np. Maybachufer w Berlinie, supermarket azjatycki np. Rajani w UK. Takie zakupy są często tańsze i dają urozmaicenie oraz możliwość testowania nowych (wersji) produktów. Jeśli czegoś zapomnieliśmy zabrać / wysłać, często można to zamówić przez polski sklep, ale cena będzie dość wysoka.
  6. Zrobić zakupy przez internet (teraz uzupełniam swoje zapasy na Amazonie lub iHerb)
  7. Zamówić coś przez znajomych
  8. Zapoznać się i zacząć korzystać z często bogatej oferty lokalnej (warzywnik, rzeźnik, targ typu farmer’s market)

Mam pomysł na nowy slogan reklamowy dla paleo:

Chcesz przestać być słoikiem? Zostań paleo ludzikiem ;-)

A tak serio… Paleo uwalnia nie tylko od bycia słoikiem czy danej kuchni (domowej, krajowej), ale też od samych posiłków i innych kulinarnych konwenansów. Nie zastanawiam się już, co zjem na śniadanie (English Breakfast, kanapkę z masłem, serem i pomidorem, a może schabowego z cukinią i bakłażanem jak mi serwowano kiedyś latem na Krymie) czy obiad. Myślę tylko, co zjem, kiedy w najbliższym czasie zgłodnieję.