Paleo w praktyce

Po przejściu na styl życia paleo pojawiło się wiele pozytywnych zmian: jestem dłużej syta, mam stabilniejszy poziom energii w ciągu dnia, lepiej śpię, jest mi cieplej (pierwszy raz od lat nie marzną mi stopy), schudłam, poprawił mi się stan skóry, zniknęła większość problemów trawiennych. To zdrowotnie. Organizacyjnie też nastąpiła poprawa.

Chodzę na zakupy w miarę możliwości na targ (stoisko z warzywami, mięsem, rybami i ewentualnie nabiałem, jeśli kupuję masła, a do tego dodatki ze sklepów ekologicznych, zielarskich czy aptek jak przyprawy, zioła, herbatki) lub kupuję w małych sklepach osiedlowych, a jeśli już idę do większego sklepu, to wchodzę tylko na krótko do alejki z warzywami czy mięsem, po oliwki czy czekoladę, a potem do kasy i cała reszta mnie nie obchodzi. Nie muszę się już włóczyć po całym przybytku za chlebem, ciasteczkami czy piwem, tracić czasu i irytować się, że znowu coś się zmieniło w rozmieszczeniu towaru, żeby zatrzymać klienta nie tylko promocją w labiryncie konsumpcji. Skończyło się też studiowanie etykiet i debatowanie nad składem i ilością niepotrzebnych, i przeważnie nieznanych mi substancji w pożywieniu. Po prostu kupuję jedzenie, a to w przeciwieństwie do produktów etykiet nie potrzebuje. Etykiety studiuję tylko na kosmetykach i środkach czystości. Te staram się kupować w aptekach, sklepach ekologicznych albo wybierać produkty dziecięce o przyzwoitym składzie. Nie zużywam ich w ogromnych ilościach, więc wolę czasem zainwestować trochę więcej, mieć spokojniejszy sen i zdrowszy organizm. Jeśli kogoś bardziej interesuje ten temat, to polecam kanał thestoryofstuffproject na youtube.

Kupowanie tylko świeżych i nieprzetworzonych pokarmów oznacza jednak, że przeważnie nie da się zrobić zakupów raz w tygodniu, zwłaszcza, gdy nie chce się mrozić mięs czy ryb lub ma małą lodówkę. Jeśli dobrze się zorganizuję (polecam korzystanie z aplikacji Out of milk do robienia list zakupowych i zadań do wykonania, można mieć ją na kilku urządzeniach), wystarczą mi zakupy w sobotę i jeden dzień w tygodniu. Jest to kwestia stworzenia na początku dobrego systemu organizacyjnego i wtedy nic nas nie zaskoczy;-). Muszę też się przyznać, że trochę częściej niż dotychczas wynoszę śmieci, bo lądują w nich przeważnie odpadki organiczne (obierki, ości, okrawki mięsa), a w mieszkaniu temperatura jest wysoka, więc zdarza mi się nawet codziennie po drodze do pracy odwiedzać śmietnik. To jednak tylko 2-3 minuty dziennie lub co drugi dzień, a plus jest taki, że nie wyrzucam prawie plastikowych opakowań czy folii, co oczywiście jest lepsze i dla środowiska, i dla mnie. Ciężko więc znaleźć jakiś negatywny aspekt paleo, chociaż się właśnie staram;-).

Sama gotuję wszystkie posiłki. Mój system kulinarny wygląda teraz tak, że wstaję 1,5 h przed wyjściem do pracy, piję prosty napój izotoniczny, odkwaszający i oczyszczający wątrobę (sok z połowy cytryny zalewam ciepłą, przegotowaną wodą i dodaję szczyptę soli himalajskiej, której wcale nie czuć, ale jak ktoś się boi takiego połączenia, może dodać też trochę miodu), jem coś kwaśno-probiotycznego na polepszenie trawienia (trochę kapusty kiszonej, ogórka kiszonego lub kilka oliwek)  przygotowuję mięso z warzywami, duszone, gotowane, rzadziej smażone, dodaję dobry tłuszcz (na miejscu masło, do pracy prawie bezwonny olej kokosowy), doprawiam i jem jedną porcję, a resztę zabieram w pudełku termicznym do pracy. Mam z tego dwa posiłki i to bez odgrzewania w mikrofali, do której jakoś nie mam przekonania. W międzyczasie zdążę jeszcze sprawdzić maile, facebooka, inne wiadomości, posłuchać podcastu, zrobić własną wersję bulletproof coffee, o czym jeszcze napiszę albo herbatkę ziołową. Po powrocie jem coś innego na kolację np. kiełbasę z dziczyzny albo wędzoną rybę z warzywami lub zupę z mięsem czy masłem. Codziennie gotuję inny zestaw mięsa i warzyw do pracy, więc mi się nie nudzi. Jedzenie jest tak dobrej jakości, świeże, smaczne i w odpowiedniej ilości, że mogłabym jeść daną potrawę nawet częściej. W weekend jem ryby, podroby (poza mainstreamową wątróbką, w której to przypadku nie boję się, że wystraszę kogoś z biura:D), kiszonki, gotuję na parze lub piekę i staram się jak najbardziej urozmaicić menu, testuję nowe przepisy. Robię też rosół lub inną zupę na jego bazie. Mięso i warzywa z rosołu staram się wykorzystać w poniedziałek do pracy, a zupę mam nawet na 3 dni, co zaoszczędza mi wysiłku i czasu w tygodniu.

Polub lub udostępnij