Początek podróży i pierwsze potknięcia

W podróż po zdrowie wyruszyłam mniej więcej 3 dekady temu, startując z pewnego poziomu genetycznego, społecznego, medycznego. Nie najgorszego, nie najlepszego, czyli jak większość. Zresztą, nie jest aż tak ważne to, gdzie zaczniecie. Ważne, gdzie dotrzecie.

Niestety nie wiem albo nie pamiętam wielu rzeczy z dzieciństwa (bardzo ważny czas dla kształtowania się podstaw zdrowia na resztę życia) i pewnie się już nigdy nie dowiem, bo zamiast faktów pozostały jedynie interpretacje innych albo domysły własne. Wiem natomiast na pewno, że były różne dolegliwości i metody leczenia. Jakieś problemy oskrzelowe, infekcje może spowodowane słabszą odpornością, chyba osłabione nerki, w końcu wysypka w paru miejscach na dłoniach w formie przesuszonej skóry. Na to antybiotyki, jakieś testy, próba wysłania mnie do szpitala, w końcu nie wiem kto i na jakiej podstawie wymyślił, że to alergia (!!!) na mleko, może jeszcze na pomidory, cytrusy i colę (główne alergeny w socjalizmie, które pewnie przyszły do nas z Zachodu jak stonka, chociaż ta ostatnia mogłaby nam najprawdopodobniej dać nieoczekiwane korzyści… ziemniaki jeszcze sobie pokopiemy).

Kilkanaście następnych lat życia spędziłam jako dziwadło (nigdy nie spotkałam drugiego takiego osobnika) na diecie bezmlecznej, jedząc wszystko inne na kiepskiej jakości polskim wikcie (chleb lub ziemniaki chyba w każdym posiłku), co obudziło we mnie chęć buntu i eksperymentowania, jak tylko przychodziła remisja (teraz dopiero doszłam do tego, że to remisja a nie zawiedziona wiara w magiczną liczbę w stylu „z tego się wyrasta, jak się skończy 18 lat”). Do tego jeszcze zaszczepiono mi spaprane przekonanie, że gotowanie jest nudne, trudne, żmudne i ogólnie beznadziejne, lepiej iść do roboty a sobie i innym robić tylko kulinarną łaskę. Poza tym idę do szkoły i zamiast paleontologią, archeologią i biologią, zaczynam interesować się filologią…

Korzystając z remisji, bo tak teraz rozumiem okresy względnego spokoju, zwłaszcza w czasach liceum, używałam życia, jak mi się wtedy wydawało, a moja dieta składała się ze śniadania w postaci soku lub owoców, kajzerek z margaryną (bo przecież masło powoduje podobno alergie!!!) i dżemem pożeranych na przerwie, poprawianych hot-dogiem i chałwą, bo przecież nie tyję i uprawiam intensywnie sport, w szkole i po szkole głównie w klubie, w którym panuje przekonanie „co cię nie zabije, to cię wzmocni”, trenuję w ten sposób w tygodniu i w weekendy, na obiad gotuję mrożone pierogi z torebki, żeby szybko zdążyć na kurs angielskiego, na podwieczorek przychodzi pora na puddingi z plastikowych kubków , bo przecież na prowincji pojawiły się supermarkety i śmieciowe jedzenie, więc skorzystać trzeba, na kolację trochę jakiegoś chleba bardzo powszedniego, pszennego. Zaczynają się znowu większe problemy ze skórą na dłoniach, próba znalezienia rozwiązania to wizyta u pediatry znającej się podobno na moim zdrowiu od najmłodszych lat, przemądre przepisanie leków antyhistaminowych, maści parafinowych i… po problemie. Na jakiś czas.

Kolejny etap to studia i parę lat spokoju, aż do kryzysu, który mało mnie nie zabił. Rok spędziłam studiując za granicą i poznając uroki życia w Europie Zachodniej. Wtedy wydawało mi się, że to był najlepszy rok w całej mojej dotychczasowej egzystencji, teraz mam inną perspektywę… Po prawie roku niekończącej się imprezy, piciu piwa i innych trunków od wczesnego wieczora do białego rana, chodzeniu spać, a jakże, dopiero po skończonej libacji, tj. nad ranem, a wstawaniu w południe, bo czas na kolejną imprezę, jedzeniu po nocach, żeby nie pić na pusty żołądek (teraz wiem, że to kolejna bzdura!!!), w międzyczasie jakaś podróż, zwiedzanie, a najlepiej sport i zajechanie się treningiem, wreszcie nawroty angin, antybiotyki bez żadnej osłony oczywiście i… parę kilo i kuracji antybiotykowych więcej wracam do Polski. Skóra (i nie tylko, ale wtedy jeszcze tego nie wiem) odchorowywuje moje ekscesy, a mnie dopada stres… Zaczyna się błędne koło. Kłopoty ze zdrowiem nasilają stres, stres nasila kłopoty ze zdrowiem. Za wybitnie mądrymi radami, bo każdy może przecież dorzucić swoje trzy głupie grosze do mojego nieszczęścia, jem już tylko chleb z oliwą, bo to przecież najzdrowsze!!! Głupota ludzka nie zna granic… Zaczynają się wizyty u lekarzy (ogólny, dermatolog, centrum alergologiczne), trochę leków, które coraz mniej pomagają, do tego  i terapeutów (bioterapeuci i naturopaci). Bez efektów, dopóki naturopatka nie naprowadza mnie na temat stresu. Zaczynam zajmować się swoją psychiką i uczyć technik relaksacyjnych. W międzyczasie zaczęłam mieć poważne problemy nie tylko ze skórą i stresem, ale też ze spaniem a nawet oddychaniem. Pewnej bezsennej nocy pomyślałam, że to już dno i albo teraz wyzdrowieję albo umrę. Po tym przełomie wyzdrowiałam, ale wiedziałam nadal niewiele… Nauczka na przyszłość polegać miała na tym, że trzeba chodzić do naturopaty, pić wodę zamiast herbaty i nie dać się zjeść stresowi… Niezbyt dobrze wróżyło to na przyszłość, ale wtedy mi wystarczało.

Po pierwszych studiach i w trakcie kolejnych trafiłam do pracy, której oględnie rzecz biorąc wcale nie chciałam. Po paru miesiącach względnej aklimatyzacji i zmianie stanowiska zaczęło robić się dennie do tego stopnia, że nie mogłam prawie w ogóle spać ze stresu w nocy z niedzieli na poniedziałek przez ostatnich kilka tygodni uczęszczania do tamtego zakładu… Przypadkiem trochę przytyłam. Potem było jeszcze więcej stresu z szukaniem pracy, przeprowadzkami, studiami, które kompletnie mnie przestały interesować, podobnie jak ówczesny związek, formalnościami, egzaminami i wszystko, żeby mi nie było za lekko, musiałam zwalczać sama na emigracji. I tak sobie mówiłam, że wszystko się posypało totalnie, a jedyne, co się jakoś trzyma, to moje zdrowie. Bo przecież dbam o siebie (ależ byłam ignorantką, a jednocześnie ofiarą ignoranckiej propagandy dookoła), uprawiam sport (jakby to było najważniejsze), stosuję relaksacje od czasu do czasu i z różnym skutkiem, jem o regularnych porach pięć posiłków dziennie, ostatni ok. 18, w prawie każdym produkty pełnoziarniste, sama gotuję (ciągle to samo, żeby nic niesprawdzonego nie zjeść), unikam mięsa, nie jem słodyczy, za to codziennie porcja owoców, chodzę do porządnego sklepu albo jeżdżę na targ, gdzie zdrowo przepłacam, przez pół wielkiego miasta jeżdżę do piekarni, w której mogę kupić prawdziwy chleb, w sklepie czytam wszystkie etykiety, żeby uniknąć konserwantów itp., w miarę możliwości finansowych kupuję produkty ekologiczne. Czegóż można chcieć więcej? Do tego jeszcze nocne Polaków rozmowy na emigracji na skypie, zasypianie nad ranem, ale w świetnym nastroju, potem podnoszenie się z podłogi, na której aktualnie sypiałam, przez dłuższy czas… Aż pewnego dnia postanowiłam sprawdzić, co tam ze zdrowiem. I okazało się, że nie najlepiej. Niespodzianka, a przecież, jak mi się wydawało, robiłam wszystko w mojej słabnącej mocy, żeby było dobrze… Postanowiłam się (p)odratować. Zaczęłam szukać przyczyn problemów i sposobów ich rozwiązania, i nawet nie spodziewałam się, dokąd mnie to zaprowadzi…

Polub lub udostępnij