Poszukiwanie własnej drogi

polny paradoksSzukanie sposobu na poprawę zdrowia zaczęłam od diety wątrobowej, żeby poprawić funkcjonowanie wątroby, o której mało wtedy wiedziałam. Oczywiście żadnej poprawy nie było.

Tak się teraz zastanawiam, jak mi miało pomóc poprawić zdrowie unikanie podstawowego paliwa dla organizmu czyli dobrych tłuszczy, zalecane produkty typu zboża i cukry, do tego owoce, wędliny i jeszcze nie wiadomo co i jakiej jakości… Trzeba mieć końskie zdrowie, żeby leczyć się czymś takim. Czego dowiedziałam się dzięki tej diecie? Że trzeba szukać dalej.

Następnie wzięłam na warsztat podejście opierające się na produktach zasado- i kwasotwórczych, czyli dietę odkwaszającą. Powszechnie uważa się, że określone produkty powodują zmiany pH w organizmie. Właściwie wszelkie podziały produktów wedłgu tego kryterium wyglądały podobnie. Najbardziej zasadotwórcze były warzywa, potem owoce, dalej bywało różnie, ale generalnie zboża i mięsa zakwaszały. Zakwaszały także wszelkie przetworzone produkty. Czyli potwierdzało się to, co każdy chyba powinien wiedzieć: trzeba trzymać się z daleka od śmieciowego jedzenia, rafinowanego cukru itd. Co też i robiłam… Potem okazało się, że tabele różnią się szczegółami, że jeden produkt jest raz średnio kwasotwórczy a raz słabo… Myślę, że czasami warto zerknąć do tych tabel i przemyśleć sprawę, i że większość specjalistów od żywienia uzna je za dobre, ale jeśli ktoś chce poznać inny punkt widzenia, to warto wiedzieć, że taki też istnieje. W krytycznym tonie wypowiada się o tej diecie w tym podcaście amerykański specjalista od stylu życia paleo Robb Wolf. Czego dowiedziałam się dzięki tej diecie? Że najlepiej, gdy podstawą naszej diety są warzywa (tak, zalecenie spożywania porcji warzyw do posiłku jest prawie zawsze słuszne!), że tabele i podziały są niejednoznaczne, nie ma jednej prawdy objawionej, a utrzymanie czy przywrócenie równowagi w organizmie może być niezwykle skomplikowane… Problemem dla mnie było wtedy też to, że moje posiłki były bardziej kwasotwórcze i nie miałam kompletnie pojęcia, jak rozwiązać ten problem robiąc na obiad ryż z mięsem i warzywami, z czego większość talerza pokryta była ryżem, bo przecież inaczej się nie najem i nie da się jeść, z powodu jakiś tajemniczych i pewnie poważnych konsekwencji, mięsa z tylko z warzywami… Rozwiązanie przyszło później dzięki informacji wyczytanej w „Wheat Belly”, że problem z zachwianiem równowagi kwasowo-zasadowej (jeśli jednak założymy, że takowe podejście jest nam potrzebne do szczęścia) w naszej diecie pojawił się wraz z wprowadzeniem zbóż do jadłospisu, które przechyliły szalę na stronę zakwaszającego mięsa a nie zasadotwórczych warzyw. Ale do zbóż jeszcze sobie wrócimy… Uprzedzając fakty mogę stwierdzić, że na diecie paleo problem zasado- czy kwasotwórczości nie powinien spędzać nam snu z powiek. Kolejny punkt dla paleo, ale nie uprzedzajmy może faktów…

Następnie namierzyłam dietę rozdzielną. Może był to naturalny krok po poprzedniej diecie. W internecie jest mnóstwo informacji o historii tej diety oraz o jej niezwykle skomplikowanych, jak na mój skromny gust, zaleceniach. Może nie będę niepotrzebnie reklamować niektórych stron promujących to podejście, tym bardziej, że brak jest twardych, naukowych dowodów na jej skuteczność, a kiedy przestaniemy jeść do kotleta i surówki ryż czy kaszę, to… główny problem, zgodnie z dietą rozdzielną, polegający na łączeniu węglowodanów i białek w jednym posiłku zniknie samoistnie. Jeśli ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, to powinien je rozwiać ten post.

Odkryłam kuchnię chińską według 5 przemian.  Spodobało mi się takie podejście do gotowania, trochę jak sztuka, trochę jak magia albo precyzyjna nauka.Udało mi się znaleźć trochę materiałów po polsku i angielsku / niemiecku, bo w miarę możliwości czasowych i ilości informacji robię reaserch każdego tematu w tych trzech językach. Myślę, że to ciekawa koncepcja, bazująca na potężnej tradycji, może fajna zabawa kulinarna i pewne zalecenia można z powodzeniem stosować. W naszym klimacie przyda się przez większość roku zasada trzymania ciepłego żołądka (jedzenie ciepłych pokarmów), warto zdać sobie sprawę (bo to naprawdę ciekawe) z istnienia termiki produktów i z wpływu, jakie wywiera na jedzenie technika jego obróbki. Podoba mi się też sezonowość stosowanych produktów i technik ich przygotowywania, skuteczna wydaje mi się też diagnostyka problemów (nie tylko na poziomie dietetycznym czy fizycznym), dążenie do harmonii i równowagi. Jednak to dość skomplikowany system i trochę obcy naszej kulturze, chociaż jednocześnie w wielu punktach podobny do tradycyjnego polskiego podejścia. 

Nie wiem, jak to się stało, ale gdy przeglądałam filmy na youtube (w ogóle genialne źródło najnowszych informacji), nagle zobaczyłam w tytule jednego z nich słowo żywokost. Szukałam pewnie jakiś informacji o ziołach, herbatkach czy innych potrafiących zdziałać cuda produktach, bo już chyba tylko cud miał przynieść jakąś poprawę. Słowo żywokost brzmiało tak kusząco słowiańsko, staropolsko, trochę tajemniczo… Nie mogłam mu się oprzeć. Postanowiłam sprawdzić, co się za nim kryje i kliknęłam. Tak trafiłam na Stefanię Korżawską. Dzięki niej poznałam tradycyjne, prawdziwe polskie podejście. Jej koncepcje opierają się na stosowaniu w kuchni i leczeniu tradycyjnych polskich produktów i metod, jak np. rosół z domowego koguta z kaszą jaglaną, zupy jarzynowe, domowe przetwory, napary ziołowe czy syropy, a do tego wszystkiego i nawet paru innych rzeczy posty różnego rodzaju. Nie ma tam miejsca na niedawne wymysły kulinarne czyli jedzenie pierogów  i bigosów, co w bezmiarze potocznej ignorancji uważa się za tradycyjną i stąd też rzekomo niezdrową kuchnię polską, czy ciasta na co dzień, nie mówiąc już o czymkolwiek sztucznym. Holistyczne podejście do zdrowia, dbanie o dobry nastrój i poziom energii, odpowiednie rozgrzanie organizmu, naturalne produkty, herbatki z polskich ziół przydałyby się chyba każdemu. Do tego trochę historii i ciekawostek o polskiej kulturze (kulinarnej). Pani Stefania dobitnie uświadomiła mi w jednym z odcinków swojego programu „Drogowskazy zdrowia„, że nie ma znaczenia, czy naleśniki są ekologiczne czy nie. Są po prostu niezdrowe i to nigdy się nie zmieni (no, chyba, że będą to paleo naleśniki;-) ). To samo  przeczytać można w książce Williama Davisa „Wheat Belly” o pszennym chlebie. Czy jest on domowej roboty z odmiany pszenicy emer z czasów biblijnych z ekologicznej uprawy, czy jest to najprzeciętniejszy wypiek z osiedlowej piekarni, a ma się problem z glutenem czy poziomem cukru, to różnica będzie niewielka. Niestety. Certyfikaty ekologiczne i produkty domowej roboty to nie wszystko. Są ważne, ale to dopiero wierzchołek góry lodowej. Pani Stefania ma holistyczne podejście do zdrowia i czerpie głównie z rodzimych tradycji sięgając aż do Biskupina. Myślę, że warto polecać dalej tę wielką wiedzę, jakkolwiek cofnięcie się do nawet tak odległych czasów to za mało i z wieloma zaleceniami już się nie mogę zgodzić. Sądzę, że gdyby stosować się do zasad proponowanych przez Stefanię Korżawską, nasze problemy zdrowotne na pewno by zmalały. Jeśli ktoś jeszcze sobie nieźle radzi, może to wystarczy. Jeśli nie, uważam, że trzeba udać się w dalsza podróż po zdrowie, w głąb historii i badań naukowych. Mówię to z własnego doświadczenia, bo wypróbowałam różne zioła, przyprawy, potrawy oraz posty. Trzeba było iść dalej…

Polub lub udostępnij