Pranie i suszenie. Problem i wyzwanie

Czy pranie to problem? W Polsce nie, bo pierze się w pralce, którą posiada się w łazience. Wydaje się to w XXI w. oczywiste, dopóki nie wynajmie się pokoju na stancji bez pralki w jakiejś metropolii. Czyżby właścicielom tego typu i standardu lokali wydawało się, że studenci nie mają potrzeb tak wysokiego rzędu? Natomiast suszenie jest już prostsze. Suszyć można wszędzie, przeważnie na strychu lub sznurku czy stojaku w mieszkaniu. Pranie i mieszkanie są szybko suche. Czy w innych krajach też tak jest? Przekonajmy się.

W Niemczech w wynajmowanych mieszkaniach po raz pierwszy zobaczyłam pralki podpięte w pokoju czy kuchni. (Na moje zdziwienie niemieccy puryści odparowywali, że jak to wodę z prania odprowadza się polskim sposobem wężem do wanny a nie pod nią, jak po niemiecku się należy?!) Zawsze to praktyczniejsze, niż przenoszenie się kilka pięter niżej do pralni w piwnicy, polowanie na wolną pralkę, monety odpowiedniej wartości i wielkości czy żetony i inne wynalazki, a potem powtarzanie procedury na przykład przy prania suszeniu. Pranie można suszyć w suszarce lub na stojaku w pokoju i podobnie, jak w Polsce, wszystko schnie, a nie płynie.

Powiedzmy sobie na początek, że w Wielkiej Brytanii pranie to prawdziwe wyzwanie rzucane pogodzie i technologii. Po pierwsze, podobnie jak w Polsce, wielu właścicieli wychodzi z założenia, że student bez pralki żyje bezproblemowo, więc bezpardonowo ich nie podłączają. Czasami uczelni wydaje się jednak inaczej i udostępnia ona pralnie biednym (po karnym zapłaceniu czesnego i czynszu) żakom.
Powiedzmy, że jednak poszczęściło nam się i nasz przybytek posiada pralką na wyposażeniu, wypraliśmy w wolny dzień i… przyszła pora na suszenie. W mieszkaniu, i bez tego zimnym, wilgotnym oraz pozbawionym wentylacji, wiele nie wyschnie.

Powiedzmy, że posiadamy szczęśliwie sznurki do suszenia, tuż za naszą szybą. Patrzymy na prognozę pogody. Podoba nam się. Wychodzimy wywiesić właśnie wyjęte z pralki pranie. Wracamy, wstawiamy wodę na herbatkę (brytyjski sposób na walkę z żywiołem, niestety zawodny), włączamy komputer, wyglądamy na zewnątrz i… wracamy po pranie, bo właśnie tak się składa, że pada. Powtarzamy procedurę dowolną ilość razy, wprost proporcjonalnie do ilości (nie)przewidywanych w prognozie (nie)pogody opadów. Deszcz, niczym miecz Damoklesa, złowieszczo wisi nam nad głową. Pranie wieczorem wciąż wilgotne.

Powiedzmy, że mamy jeszcze większe szczęście i właściciel w wielkiej obawie przed suszeniem prania w mieszkaniu, wielce nagannym zwyczaju, powodem problemów, plag i prawdziwych katastrof, wyposażył nas w suszarkę do prania. Wspaniała technologia. Przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki korzystałam z niemieckich pralni. Ach, ta przysłowiowa niemiecka technologia! Półtora euro, pół godziny lub trochę dłużej i gorące pranie mogło powędrować prosto na półkę. Tymczasem ta suszarka wyrzuca z siebie kłęby pary. Trzeba włożyć jeden koniec grubego, plastikowego węża do suszarki, drugi… Wystawić przez otwarte okno lub drzwi. Najlepiej na 40 minut zimową porą. Pranie ponownie nie schnie, temperatura w pokoju spada, natomiast rachunek za prąd (i ogrzewanie), podobnie jak poziom frustracji i ciśnienie krwi, rosną. Wkładamy już tylko połowę prania do suszarki. Powtarzamy procedurę z podobnym powodzeniem. Wybija północ. Wtf? Dostając prawie obłędu, pora się przyznać do błędu i poprawić. Pranie w Wielkiej Brytanii to nie wyzwanie. To prawdziwe przekleństwo.

Gwoli sprawiedliwości dodam, że cuda czasem się zdarzają, a wtedy w majestacie najjaśniejszego słońca, muskane morską bryzą ubrania same spokojnie sobie na sznurku schna. Po przyniesieniu pod koniec dnia do domu pachną tak przyjemnie i intensywnie, jak najlepszy nawet odświeżacz powietrza nigdy pachnieć nie będzie. Nie mówiąc o tym, że to po prostu zdrowiej i taniej.

Punktacja:

PL:DE:UK

1:1:0