Przypadkowe spotkanie prowadzi ku celowi

Przez prawie rok korzystałam z dóbr luksusowych, jakimi obecnie są spokój i czas. Dzięki temu mogłam codziennie, całymi godzinami zgłębiać temat zdrowia czytając i słuchając mądrych ludzi, i sama przy tym myśląc. Dużo się dowiedziałam i powoli odkrywałam dobrą drogę do zdrowia, ciągle pracując nad jego poprawą. Najpierw zaczęłam, tradycyjnie, od zrobienia badań i stosowania się do wszelkich możliwych zaleceń, bo samych wyników nie rozumiałam jeszcze najlepiej. Codziennie korzystałam z przynajmniej kilku rodzajów terapii takich jak: relaksacja, medytacja, wizualizacja, joga, spacery, pisanie, suplementacja, herbatki ziołowe, biorezonans, refleksologia, masaż, afirmacje, śmiech (oglądanie komedii jak nigdy), lista wdzięczności i oczywiście, jak mi się wydawało, coraz zdrowsza dieta. Faktycznie, była pewna poprawa. Zaczęłam lepiej spać, ale nadal nie mogłam wstać od razu po przebudzeniu się. Czasami wstawanie trwało parę godzin. Ciągle było mi zimno, mimo regularnej aktywności fizycznej. Z tego, że i jakie mam problemy trawienne, w ogóle nie zdawałam sobie sprawy. Ciągle za to gotowałam i musiałam jeść. Każdą chwilę wolną od komputera spędzałam w domu w kuchni, gotując albo zmywając. Robiąc zakupy przez internet, studiowałam skład produktów, bo wreszcie mogłam sobie sprawdzić każdy składnik, chociaż, ponieważ chemikiem nie jestem, wiele mi to nie dawało. Jednak efekty tych wszystkich zabiegów były zupełnie niewspółmierne do nakładów czasu, wysiłku i pieniędzy. Do tego pojawiły się dziwne problemy ze skórą stóp, które ustąpiły po bardzo wielu miesiącach, kilku wizytach u lekarza i lekach… Ale przecież, podobno, postępowałam najwłaściwiej i najlepiej, jak się tylko dało… Po każdej kłótni w domu, że jedzenie nie syci, totalnie tego nie rozumiałam. Przecież czytałam, że kasze są najzdrowsze, najmodniejsze, najbardziej polecane, że mają nasycić… To czym tu się najeść? Co weekend robiłam najbardziej wymagający i jak mi się wydawało, najsmaczniejszy, obiad: rybę, ziemniaki, polane oliwą z pierwszego tłoczenia i przyprawione ziołami, z surówką z tartych marchewek i jabłek, na deser podawałam „sernik” z kaszy jaglanej z bakaliami, owocami i gorzką czekoladą (czyż mogło być coś lepszego?) i zawsze źle się po tych „zdrowych” przysmakach czułam. Zresztą, nie tylko wtedy. Nie było prawie dnia, żebym nie miała jakiś dolegliwości… Jak żyć???

Zaczęłam zanurzać się w coraz głębszych odmętach internetu, nadal bez rezultatów. Co robię nie tak? Wszystko, co wiedziałam wskazywało na to, że lepiej już być nie może. Jeszcze intensywniej pracowałam nad dietą. Tak, pamiętałam, że gdzieś to już słyszałam… Faktycznie, w którymś podcaście. Tylko jakoś nie wyniosłam z niego wiele więcej informacji ponad tę, że nie należy jeść pszenicy. Zastosowałam się do tego zalecenia, wyeliminowałam nawet niewielki dodatek pszenicy do rzadko spożywanego przeze mnie chleba i makaron pszeniczny, który zastąpiłam ryżowym lub innym bezglutenowym (z mąki łubinowej, o ile dobrze pamiętam). Bez widocznej poprawy. Pewnego dnia na mojej skrzynce pojawił się mail z linkiem do recenzji polskiego wydania książki doktora Williama Davisa „Dieta bez pszenicy”. Zaczęłam czytać i prawie od razu pomyślałam, że muszę dotrzeć do książki.

Zaczęłam czytać angielski oryginał o zgrabnym tytule „Wheat Belly” i dowiedziałam się wiele ciekawych rzeczy o pszenicy, jej pochodzeniu, historii uprawy, modyfikacjach genetycznych i zgubnym wpływie tego zboża na nasze zdrowie, od cukrzycy przez otyłość aż po schizofrenię. Pszenica powoduje lub nasila całe mnóstwo chorób (lista od A do Z), ale rozwiązanie problemów zdrowotnych nie tkwi tylko w jej eliminacji ani zastąpieniu produktami bezglutenowymi ani nawet niewiele zdrowszymi zbożowymi czy pseudozbożowymi zamiennikami… Zgroza. Nagle okazało się, że kasza jaglana to nie był całkiem dobry pomysł. Jak również inne kasze, ryże, wafelki ryżowe czy komosa ryżowa. Ani kozie mleko ani „zdrowe” jogurty, ani jeszcze zdrowsze owoce, ani bakalie… Czyli większość spożywanych przeze mnie pokarmów, o których wciąż słyszałam i czytałam, jakie są niezwykle zdrowe… Nikt jakoś nie wspominał o ciemnej stronie mocy (i nadal mało kto to robi, stąd też ten blog, bo zaczęła mnie strasznie irytować ta, często ignorancka, propaganda), ale wreszcie pojawiło się jakieś światełko w tunelu (bo jak na razie moja podróż prowadzić mogła tylko prosto pod ziemię), które miało naświetlić moje problemy zdrowotne w zupełnie nowy sposób.

W ten sposób, po nitce do kłębka, dotarłam do low-carb czyli diety niskowęglowodanowej. Nagle okazało się, że żywiłam się ciągle i głównie, a wręcz prawie wyłącznie węglowodanami różnego typu w postaci kasz, ryżów, makaronów, wafelków (podobno zdrowych, ryżowych, ekologicznych przecież!), owoców, bakalii, miodów, dżemów, wypieków, jogurtów i innych produktów mlecznych… Zaczęła się powolna i mozolna modyfikacja mojej diety, zastępowania produktów z kategorii wysokowęglowodanowo-niskotłuszczowej ich przeciwnością. Praca nad dietą wciąż trwa i pewnie zawsze już będę zmieniać, działać, poprawiać, ale mam nadzieję, że będzie to tylko dopieszczanie szczegółów. Zapoznałam się z indeksem glikemicznym (myślę, że warto zapoznać się z metodą Montignaca) i ładunkiem glikemicznym, a nie tylko tabelkami podającymi zawartość cukrów w produktach (równie mądrymi co tabele kaloryczne), przestałam zwracać uwagę tylko na informacje o konserwantach na opakowaniach i zaczęłam kontrolować ilość węglowodanów. Szczęśliwym trafem natknęłam się na kolejną ciekawą prelekcję TED o diecie… ketogenicznej. Ciekawe, ilu pseudoekspertów od zdrowego odżywiania, którzy głoszą swoje głupoty w internecie i innych mediach ma pojęcie choćby o jej istnieniu? Ilu trenerów, ilu dietetyków, ilu lekarzy? I tak zgłębiając temat, po nitce do kłębka, znalazłam wreszcie coś, co wpłynęło nie tylko pozytywnie na moje zdrowie, ale całkowicie zmieniło moje życie. Co to było? Paleo!