Recenzja The Better Baby Book

W The Better Baby Book biohacker Dave Asprey i jego żona, lekarka Lana, przedstawiają wykorzystane przez nich metody podczas starania się o dzieci, ciąży i karmienia. Zakończone podwójnym sukcesem;-) Tym większym, że oboje nie byli najmłodszymi rodzicami, ale zrobili research i potem mnóstwo innych rzeczy, żeby się udało. Dzięki ich pracy, inni mogą skorzystać ze skrótu. Chociaż manipulowanie ekspresją genów (książka bardzo mocno podkreśla rolę epigenetyki) i tak proste nie będzie, i nie da 100% gwarancji, że wszystko się uda. Takiej gwarancji po prostu nigdy nie ma. Jednak myślę, że i tak warto spróbować zwiększyć swoje szanse na pozytywne rezultaty.Książka mocno podkreśla rolę epigenetyki, czyli tego, jak otaczający nas świat może wpływać na ekspresję genów (w skrócie ich aktywność bądź nie) i to często więcej niż jednego pokolenia. Epigenetyka ma największy wpływ na nas jeszcze przed urodzeniem się (i chyba łatwiej nią wtedy manipulować niż kiedy już pojawiamy się w wielkim świecie;-). Warto wykorzystać tę wiedzę, by przeważyć pewne czynniki na swoją i swoich genów korzyść. Jakie to czynniki? Zdaniem autorów to przede wszystkim dieta, suplementacja, detoks, relaks, aktywność fizyczna, pozytywne emocje i w miarę naturalne środowisko.

Diecie w książce poświęcono najwięcej miejsca. Główne zalecenia dotyczą spożywania świeżo przygotowanych i w większości surowych pokarmów, ponieważ zawierają one enzymy ułatwiające trawienie (jeśli nasz organizm sam nie jest w stanie ich wyprodukować, możliwe są dolegliwości z układu trawiennego i alergie), chroniące surowe warzywa/owoce przed rozwojem patogenów oraz antyoksydanty chroniące przed mutagenami powstającymi podczas obróbki termicznej. Na to podejście do surowizny wzięłabym osobiście jednak klimatyczną poprawkę, bo jedzenie zimą na surowo w naszym klimacie słabo widzę. Jeśli gotujemy, to w miarę krótko i na małym ogniu, żeby uniknąć denaturacji białek i ogólnie oksydacji. Ponadto jemy zdrowe tłuszcze (masło, silnie „dezynfekujący” olej kokosowy, MCT, żółtka, awokado) i unikamy nadmiaru węglowodanów, zwłaszcza fruktozy oraz produktów pasteryzowanych (nawiasem mówiąc fascynują mnie np. kiszone, pasteryzowane ogórki na sklepowych półkach… jaki jest sens ich jedzenia, to nie wiem). Optymalnym źródłem białka powinno być mięso zwierząt z wolnego chowu jak wołowina/cielęcina i baranina/jagnięcina ze względu na zawartość tłuszczy, które trudniej ulegają oksydacji np. podczas obróbki termicznej. Oprócz całych pokarmów jak marchewki czy jajka autorzy uwzględniają też poszczególne składniki, niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu, jak kolagen i lecytyna, i przechodzą do suplementacji dla kobiet i mężczyzn.

Suplementacja to drugi najszerzej omawiany temat w książce. Polecanych suplementów jest całkiem sporo i często w sporych dawkach. Autorzy zdradzają, że ich miesięczny koszt to było w ich przypadku ok 100 dolarów na osobę. Też całkiem sporo i naprawdę nałykali się dużo wysokiej jakości supli. Były to przeważnie kapsułki zawierające substancję czynną, ze względu na ograniczenie zbędnych dodatków i lepszą przyswajalność. Podają też skrót: wysokiej jakości suplement prenatalny i multiwitamina z minerałami (i to nie raz…). Warto zwrócić uwagę na wit. B9, której potrzebujemy w formie aktywnej folate lub folinic acid a nie folic acid (kwas foliowy)! Na suplementach ogólnodostępnych autorzy nie kończą i opisują stosowanie środków farmakologicznych dostępnych na receptę, w tym m.in. progesteronu.

Detoks zalecany jest np. po kontakcie z mykotoksynami, które mogą naśladować działanie estrogenu. W Polsce tego problemu prawie nie znamy, ale w innych krajach jest naprawdę poważny (np. mieszkanie w wynajmowanych domach w UK, gdzie pleśń się po prostu zamalowuje przed zmianą mieszkańców, zawsze wiąże się u mnie z problemami zdrowotnymi). Jednak mykotoksyny są obecne także w jedzeniu i to nawet w tłuszczu zwierząt karmionych zapleśniałym zbożem… Cząsteczki mykotoksyn są tak małe, że system immunologiczny ich nie wykrywa, kiedy już dostaną się do organizmu. Do tego dochodzą plastiki, substancje ropopochodne, spaliny, opóźniacze palenia (flame retardants, nie wiem, na ile to już problem w Polsce). Dobrze byłoby mieć w domu filtr powietrza (albo według mnie chociaż którąś z tych roślin) i filtr do wody oraz unikać silnych pól elektromagnetycznych. To oczywiście nie wszystko;) Nasz organizm i to, co w nim żyje, produkuje własne toksyny (endotoksyny). Do detoksu autorzy polecają najbardziej… węgiel aktywowany, który adsorbuje toksyny (czyli wyszukuje je i wiąże) oczyszczając układ pokarmowy. Zalecają go w proszku ze względu na naprawdę dużą ilość potrzebną do usunięcia toksyn przed ciążą, a w trakcie tylko w razie wystąpienia symptomów wywołanych toksynami. Ponadto polecają do detoksu bentonit i chlorellę, w tym także do chelatacji, czyli usuwania metali ciężkich. Popularna w Polsce na poprawę pracy wątroby sylimaryna też została uwzględniona. Co ciekawe, w tym kontekście wymieniono też mój ulubiony suplement czyli kurkumę! Czy planujemy poród w domu czy nie, warto pousuwać z niego toksyny (np. nie używać garnków aluminiowych ani teflonowych, chemicznych odświeżaczy powietrza czy parabenów w kremach).

Co na stres? Autorzy najpierw wyjaśniają, co powoduje stres (czy np. żarówki mogą powodować stres?). Remedia raczej klasyczne: m.in. joga, medytacja i mindfulness. Joga polecana jest także dla kobiet w ciąży jako odpowiedni sposób aktywności fizycznej. Ruch nie tylko wzmacnia mięśnie, ale także zwiększa wrażliwość na insulinę. Oprócz jogi i innych klasycznych rodzajów aktywności fizycznej jak spacery czy rower, autorzy polecają nieznany mi wcześniej program T-Tapp, który aktywuje limfę i prowadzi tym samym do detoksu organizmu. Jednak sami przyznają, że joga 2-3 razy w tygodniu wystarczy:-) Przynajmniej to jest proste;-) Dla geeków: Dave’a opisał też jeden ze swoich koników: heart rate variability.

Autorzy przeanalizowali też za i przeciw porodowi w domu i szpitalu oraz podejście do wyboru lokalizacji w różnych krajach (np. medykalizacja w USA vs. preferowane w Holandii porody domowe). Jest też trochę wskazówek, jak zaplanować to wydarzenie i jak karmić (w tym jak przygotować mleko dla dziecka, jeśli nie da się karmić piersią).

Książka kończy się rozdziałem podsumowującym najważniejsze zdaniem autorów sposoby zwiększające szanse na płodność, zdrową ciążę i zdrowe dziecko: suplementacja (multiwitamina, wit. C, D3, olej z kryla oraz bogaty w DHA olej rybi, kolagen), badania tarczycy, unikanie glutenu i produktów mlecznych (z wyjątkiem masła), alkoholu, kawy (w tym bezkofeinowej) i herbaty, detoks domu, relaks, sen i ćwiczenia.

Podsumowując: fajna książka i łatwo się ją czyta. Jest w niej sporo ciekawych faktów i wszystkie zalecenia mają swoje uzasadnienie naukowe, a w pewnych przypadkach osobiste. Muszę przyznać, że o ile zalecenia co do diety czy ruchu dość łatwo zrozumieć i wdrożyć (zwłaszcza te ostatnie), to cała suplementacja, w tym detoksowa, jest mocno rozbudowana. Oczywiście autorzy nie twierdzą, że to jedyny sposób na osiągnięcie celu i jak sami zaznaczają, wiele osób przecież nie robi nic z tych rzeczy, a ma zdrowe dzieci. Jednak ilość suplementów i ilości, w jakiej je zalecają, trochę mnie przerażają. Zwłaszcza, że już się nabrałam w  życiu suplementów i wiem, ile to kosztuje i że jest jednak uciążliwe (co nie zmienia faktu, że coś tam ciągle biorę) i nie zawsze przynosi współmierne do nakładów efekty… Dlatego dobrze, że autorzy może sami się trochę zreflektowali i podali skróty czy też okrojone wersje;) No i całe szczęście, że jednak te wszystkie suple są nam właściwie podane na talerzu, bez konieczności prowadzenia własnych, zakrojonych na szeroką skalę, poszukiwań ;-) Inna sprawa, że są sytuacje, w których para ma faktycznie problem i jeśli nie chce czy nie może iść konwencjonalną drogą albo chce zrobić coś dodatkowo, to właśnie taki rozbudowany program mógłby być szczególnie przydatny.

Polub lub udostępnij