Ukryte Terapie Jerzego Zięby

Ukryte Terapie„Ukryte terapie” to książka Jerzego Zięby, Polaka, który spędził sporą część życia poza Polską i od wielu lat interesuje się komplementarnymi metodami leczenia i je stosuje. W książce przedstawił niektóre z tych metod i badania naukowe prowadzone nad nimi. Czy warto przeczytać?

Porady Jerzego Zięby

Po raz pierwszy zetknęłam się z Jerzym Ziębą słuchając audycji Instrukcja obsługi człowieka w PR3, których można posłuchać tu, tu i tu. Na kilkanaście miesięcy utkwiło mi w pamięci skojarzenie Jerzego Zięby z domowymi, zapomnianymi sposobami leczenia. Akurat przeważnie nie mam potrzeby ich stosować, więc niezbyt mnie to zainteresowało. Potem po dłuższym czasie natrafiłam na jedno z jego nagrań na youtube na temat tłuszczów i… wow, to jest to! Ile mądrych, praktycznych informacji w przystępnej, nowoczesnej formie! Zaczęłam oglądać kolejne nagrania i już wiedziałam, co chcę pod choinkę :-) Polecam całą serię wywiadów z Jerzym Ziębą zatytułowaną tak jak książka.

Nowe podejście do zdrowia

Naprawdę bardzo mnie cieszy, że w Polsce pojawia się ktoś, kto próbuje dotrzeć do mainstreamu i mówi to, co w USA mówią często guru paleo (światowa awangarda w dziedzinie zdrowia), kto zna biegle angielski, czyta badania naukowe w tym języku, zna realia panujące w innych krajach, potrafi wykorzystać internet, ma krytyczny umysł i z pasją stara się przekazać innym zdobytą wiedzę. Autor ma też fajne poczucie humoru i informacje serwuje ze sporą dozą ironii i sarkazmu. Tematy, o których mówi Jerzy Zięba, są ważne dla każdego. A tak na marginesie… są bardzo paleo! Choćby tematy takie jak cholesterol (dietetyczny), suplementacja, witamina D, naświetlanie się… Wszyscy w paleo to wiemy i nie trzeba nas do tego przekonywać czy namawiać. Podobnie osoby z kręgu AIP. Z „Ukrytych Terapii” można sporo się dowiedzieć o leczeniu chorób autoimmunologicznych, a rozdział o jodzie tarczycy był dla mnie sporym szokiem. Każdy, kto interesuje się medycyną funkcjonalną od razu zauważy, że książka jest o szukaniu przyczyn, nie zaleczaniu symptomów. Myślę, że każdy, kto choruje albo ma chorego w swoim kręgu, może skorzystać na lekturze i dowiedzieć się o prostych, skutecznych, bezpiecznych, łatwo dostępnych, tanich i często bezstresowych terapiach!

Czego dowiadujemy się dzięki „Ukrytym terapiom”

Po pierwsze, żeby nie bać się stosowania witamin w megadawkach idących nawet w tysiąckrotności zalecanej dawki dziennej (RDA). Oczywiście mądrze i nie na własną rękę. W książce nie ma przepisów na cudowną kurację na wszystko i dla wszystkich. Są raczej informacje ogólne poparte badaniami naukowymi. Sporo można się dowiedzieć o mechanizmach działania przemysłu farmaceutycznego (badania, patenty, cenzurowanie, ignorowanie i znikanie publikacji), o szkodliwości i bezsensie niektórych konwencjonalnych metod, za które płacimy swoimi pieniędzmi w formie podatków np.:

Cholesterol jest transporterem białek niezbędnych do budowy i regeneracji tkanek. Obniżając jego ilość, zmniejszamy dowóz niezbędnych elementów budulcowych tkanek. Jaki to ma sens? Żaden.” (s. 46)

Podobnie „pomagają” sterydy i niesteroidowe leki przeciwzapalne (uwaga zwłaszcza osoby na AIP) oraz terapie, które autor określa jako paliatywne jak bajpasy. Fajnie, nie? Oczy się otwierają. Mocno. Czy zatem nie ma nadziei? Okazuje się, że jest. Na imię ma medycyna ortomolekularna i „zajmuje się leczeniem, stosując wysokie dawki witamin i innych środków odżywczych łącznie z odpowiednio dobraną dietą, które są dawkami właściwymi dla danego organizmu będącego w określonym stanie chorobowym” (s. 56) w myśl zasady, że nie chorujemy na brak sztucznego leku tylko na brak naturalnych, niezbędnych substancji odżywczych w naturalnym, czystym środowisku.

Autor wielokrotnie podkreśla rolę układu odpornościowego, od którego zależy, czy zachorujemy czy nie (nie licząc chorób genetycznych). Do jego właściwego funkcjonowania potrzebujemy: białek, tłuszczy, witamin, minerałów i bakterii. Ponadto przedstawione zostało działanie wolnych rodników i stresu oksydacyjnego.

O witaminie C (lewoskrętnej) dowiedziałam się, że może pomóc w przypadku zatruć, ukąszeń i innych urazów, infekcji bakteryjnych, bólu zęba choroby popromiennej czy… polio. Pomaga też przy chemioterapii. Wit. C powinna być też stosowana profilaktycznie przed i po operacji. Jest też cytotoksyną czyli substancją niszczącą komórki nowotworowe i jednym z najsilniejszych przeciwutleniaczy.

Podstawowe znaczenie dla naszego zdrowia ma witamina D, bo każda komórka w organizmie ma jej receptor i reaguje na nią. Prawidłowy poziom we krwi powinien wynosić 60 ng/ml i nie mniej niż 32 ng/ml. Poziom wit. D badamy sprawdzając poziom metabolitu 25(OH). Według naukowców praktycznie nie da się jej przedawkować! (A co nam się wmawia? Że trzeba uważać, bo może być toksyczna, jak przegniemy z suplementacją…), a organizm potrafi wytworzyć po kontakcie z promieniowaniem UVB nawet do 20 tys. IU (jednostek międzynarodowych) dziennie. Wit. D sprawia, że organizm zaczyna produkować własne substancje bakterio- i wirusobójcze, co zabezpiecza np. przed grypą. Jeśli chcemy się suplementować (bo nie możemy się naświetlić przez 15 min dziennie w południe na słońcu lub innym światłem UVB, a dietetycznej na pewno nie wystarczy), to nie 400 IU, tylko odpowiednia dawka po zbadaniu jej poziomu  i z posiłkiem zawierającym tłuszcz, bo jest to witamina rozpuszczalna w tłuszczach i inaczej nie przyswoimy. Jerzy Zięba zaleca suplementowanie się wit. D w połączeniu z wit. K2-MK7 (kto ją zna?). Wit. D otrzymana ze słońca ma tę przewagę nad suplementacją, że pozostaje we krwi 3 razy dłużej niż ta pozyskana z suplementów. Jeśli korzystamy ze słońca: 15 min w okolicy południa wystarczy, potem należy zabezpieczyć skórę przed promieniowaniem. I najlepiej nie myć się przez 48h ;-)

O wit. A dowiadujemy się, że wcale nie jest łatwo przyswajalna z pożywienia i wytworzenie jej z beta-karotenu może być trudne zwłaszcza wtedy, gdy dużo go spożywamy, mamy cukrzycę, niedoczynność tarczycy albo nie mamy pęcherzyka żółciowego. Najlepszym źródłem wit. A nie jest wcale sok z marchwi a już na pewno nie są nim syntetyczne beta-karoteny!!!, ale żółtka jajek, tłuszcze zwierzęce, tran i wątróbka, za to nadmiar tłuszczów roślinnych utrudni nam wytwarzanie wit. A. Potrzebują jej nasze oczy, kości i skóra, wpływa na płodność, chroni przed infekcjami wirusowymi i ma działanie przeciwnowotworowe.

Jeśli kogoś interesuje wit. E, to też się sporo dowie o jej różnych grupach i właściwościach przeciwmiażdżycowych, obniżających poziom cholesterolu i trójglicerydów, antynowotworowych, przeciwzapalnych, przeciwutleniających, działaniu ochronnym na układ nerwowy. Znajdziemy ją w wielu olejach roślinnych i jak zwykle unikamy syntetyku ;-).

A co z jodem? Ma w ostatnich latach czarny PR, a z „Ukrytych Terapii” dowiadujemy się, że to jeden z najbezpieczniejszych, niezbędnych nam do życia minerałów i że może zostać bezpiecznie spożyty w dawkach przekraczających nawet 100 tys. razy dzienną ilość zalecaną… Oczywiście tylko w nieradioaktywnej formie nieorganicznej, którą stosowano jako lek na wszystko już nawet 200 lat temu. Wtedy też nie trzeba było uczyć studentów medycyny, że są choroby nieuleczalne jak choroby tarczycy… Faktycznie, niezły mamy teraz postęp. No i może to kolejny powód, z jakiego mamy teraz plagę autoagresji. Co jeszcze przyczynia się do występowania autoimmunologicznych chorób tarczycy? Sól jodowana! Należy jej unikać jak ognia, a w zamian stosować ekologiczną sól morską lub himalajską, co jest niezwykle ważne dla prawidłowej pracy żołądka czy usuwania bromu z organizmu. I może jeszcze zaprzestanie szerokiego stosowania płynu Lugola przez lekarzy… Szokujące jest też to, że zamiast leczyć nad- i niedoczynność tarczycy poprzez podanie jodu nieorganicznego i normalizację pracy tarczycy, to niszczy się ją organicznym, radioaktywnym jodem, przed którym wcześniej chroniono ludzi płynem Lugola jak po katastrofie w Czarnobylu… A teraz ten sam radioaktywny jod ma nagle… leczyć! Jod nieorganiczny potrzebny jest nie tylko tarczycy, ale pomaga w cukrzycy i korzystnie wpływa na poziom estrogenów. Z książki możemy się też dowiedzieć, do czego może doprowadzić konwencjonalne stosowanie leków hormonalnych. Oczywiście sprawa nie jest prosta i książka nie zawiera przepisu na domową kurację, a autor wielokrotnie przestrzega przed samowolnym stosowaniem jakichkolwiek sposobów leczenia. W normalnym świecie powinno się to odbywać we współpracy z odpowiednio wykształconym lekarzem…

Jeśli rozdział o jodzie i tarczycy był szokujący, to kończący książkę rozdział o tłuszczach sprawia, że nasza wiedza trzęsie się w posadach. A przynajmniej moja, bo wydawało mi się, że jestem na bieżąco i ogarniam temat tłuszczy tak w kuchni jak w suplementacji. Okazało się, że tylko w kuchni:D Autor zaczyna od krótkiej powtórki wiedzy o tłuszczach, jaką powinniśmy wynieść z lekcji chemii. Czy pamiętacie, ocenicie sami… Zacznijmy od kuchni. Jeśli już smażymy, to na oleju z kokosa, ewentualnie tłuszczach zwierzęcych. Czy zatem należy pozbyć się z kuchni wszystkich innych olejów roślinnych? Ewentualnie jeszcze poza olejem palmowym i oliwą z oliwek? Okazuje się, że zdecydowanie nie, bo są nam bardzo potrzebne, a zwłaszcza te będące źródłem niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych (NNKT), nazywanych tak, bo organizm sam ich nie jest w stanie wytworzyć ani bez nich funkcjonować. Ich źródłem jest olej z lnu, rzepaku (Omega 3 zawierające kwas ALA) oraz olej z krokosza barwierskiego, wiesiołka, maku czy pestek winogron (Omega 6 zawierające kwas LA). Z tych kwasów organizm wytwarza ich pochodne odpowiednio: EPA, DHA oraz GLA i AA. Wszystkie oleje roślinne powinny być tłoczone na zimno i ekologiczne, a od siebie dodam, że w szklanym opakowaniu i najlepiej nieprzezroczystym! Jeśli kupimy produkt innego rodzaju, będzie już utleniony i szkodliwy a nie odżywczy czy wręcz leczniczy. Oleje te powinniśmy stosować w kuchni jako dodatek do potraw tylko na zimno  i pić w niewielkich ilościach codziennie (autor poleca picie 1 łyżeczki dziennie mieszanki oleju z lnu ze słonecznikowym lub z krokosza barwierskiego w stosunku 1:3). Prowadzi to do właściwego natlenienia komórek i uniknięcia i leczenia choroby nowotworowej! W „Ukrytych Terapiach” czytamy, że najważniejszy podział to nie na Omega 3 i Omega 6, a na pierwotne NNKT i ich pochodne! I to właśnie pierwotnych NNKT nam potrzeba a nie ich pochodnych, które organizm sam wytwarza w odpowiedniej, małej ilości. Okazuje się, że suplementacja EPA i DHA przynosi więcej szkody niż pożytku i to jeszcze przez 6 tygodni po jej zaprzestaniu… Wygląda na to, że strach przed Omega 6 jest nieuzasadniony… I nie mają one właściwości prozapalnych, a przeciwzapalne! No i w organizmie jest ich znacznie więcej i odgrywają znacznie większą rolę niż Omega 3… A prawidłowy stosunek Omega 6 do Omega 3 powinien wynosić 11:1. Nie wiem, jak Wy, ale ja muszę teraz porządnie przemyśleć i skonsultować moją suplementację. Zastanawiam się tylko, skąd te wszystkie cudowne doniesienia o skuteczności fish oil, które paleo bardzo propaguje…

Dla kogo napisane są „Ukryte Terapie”

Do „Ukrytych Terapii” powinny zajrzeć osoby chorujące na osteoporozę i chcące ustrzec przed nią siebie czy swoje dziecko w przyszłości. Oczywiście sama nie wiedziałam, że kości są częścią układu endokrynologicznego, że stymulują trzustkę do wytwarzania insuliny, do ich zdrowia niezbędna jest wit. K2 (ważna też w chorobach serca i… wielu innych)! Skorzystają też osoby z cukrzycą i miażdżycą oraz ze schorzeniami żołądka i podwyższonym poziomem cholesterolu, które dowiedzą się, że „wieloletnie badania wskazują, że im wyższy poziom cholesterolu, tym większa jest długość życia i… odwrotnie” (s. 183).

Co mi się nie podobało w „Ukrytych Terapiach”

Układ publikacji. Autor celowo nie robił przypisów na końcu książki i cała bibliografia pojawia się w tekście, ale nie uważam tego za dobry pomysł, bo jeśli będziemy chcieli wrócić do jakiejś publikacji, to jak ją szybko znaleźć? Przypisy można zrobić w taki sposób, że kto ich nie chce czytać, ten ich nawet nie zauważy (zresztą łatwiej o to, kiedy są drobnym druczkiem gdzieś na końcu strony…). Czytając robiłam podkreślenia, czasem dopisałam jakąś emotikonę lub krótki komentarz, żeby móc wrócić do pewnych informacji. Nie będzie to jednak łatwe, bo książka nie ma indeksu… No i jak dla mnie mogło by być jednak trochę praktyczniej;-) Ale ta książka to dopiero wstęp do wielu tematów, więc może w następnych autor tak uczyni.

Podsumowując

Książka jest ciekawa, przystępna i naprawdę warto ją przeczytać. Polecam w ogóle zapoznać się z działalnością Jerzego Zięby w internecie, bo można dowiedzieć się wielu ciekawych i przydatnych rzeczy.

Polub lub udostępnij