Wysyłamy list do domu w Walii

P1050935Czy też pocztówkę. Do domu? Ano tak… Dostajemy adres odbiorcy. Wysyłamy korespondencję z kraju w Europie kontynentalnej. Adres, który otrzymujemy, nie koresponduje żadną miarą z naszą wiedzą o świecie. Pierwszy adres, który mi podano, zaczynał się jakimś kodem pocztowym, też trochę dziwnym dla mnie, bo sporo już widziałam, ale takiej kombinacji cyfr i liter jeszcze nie. Potem następowały jeszcze jakieś nazwy, których nie potrafiłam niczemu przypisać, kończył się on… imieniem i nazwiskiem adresata! Jak to? Nie chciałam uwierzyć, protestowałam. Ale podobno takiego adresu używał w swojej korespondencji brytyjski bank. Listy dochodziły. Cóż było robić?

Z bankiem się nie dyskutuje. Poszłam na pocztę, kupiłam odpowiedni znaczek, nakleiłam, wrzuciłam pocztówkę do skrzynki. Do adresata nigdy nie dotarła. Do mnie nie wróciła, bo nie wysyłałam jej w kopercie, więc nie miałam gdzie napisać mojego adresu. Dotarła następna, na której, nie bacząc na żaden bank, napisałam ten sam adres tylko od końca. I wyszło jak w polskim adresie: imię i nazwisko, ulica i nr domu… Hmmm, chyba jednak jakoś inaczej wyszło.Względne zgłębienie tajników i pułapek sztuki adresowania kopert czy paczek wysyłanych do Wielkiej Brytanii jeszcze trochę mi zajęło. Pierwsze próby wysyłania czegokolwiek z Wielkiej Brytanii były równie bolesne. Korespondencję odsyłano do mnie. A to znaczek nie ten, a to adres. Czemu? Po prostu tu musi być inaczej.

Okazuje się, że w adresie brytyjskim, a na pewno w walijskim, pewne elementy są wspólne z adresem polskim czy niemieckim, austriackim, szwajcarskim itd. Ale tylko pewne. Pozostałe można opuścić. Są też takie, których nie ma nigdzie indziej, a tu opuścić ich się nie da. Skąd miałam to wiedzieć? Pytanie innych Polaków daje marne skutki. W końcu poszłam po rozum do głowy i na pocztę. Wracając do adresów. Zaczynamy od imienia i nazwiska adresata. Potem piszemy nazwę… domu. Walijskie domy, ważniejsze budynki w ogóle, noszą nazwy. Niektóre określnia są angielskie, inne walijskie. I okazuje się, że to bardzo ważny element adresu. Ważniejszy niż… np. nazwa miasta! Imię, nazwisko, nazwa domu… Domy są tu przeważnie duże i na wynajem. To chyba główny biznes w tej części świata, nie licząc hodowli owiec. Trzeba więc podać numer mieszkania. W następnej linijce wpisujemy nazwę ulicy. Potem już tylko kod pocztowy (cyferki, literki) i gotowe. Okazuje się, że nazwa miejscowości zawarta jest już w kodzie. Podając taki adres w innym kraju będziemy oczywiście dopytywani o nazwę miejscowości. Warto ją zawczasu, przed wyprowadzką znać i umieć podać. Jeśli to jakaś walijska wioska, której nazwy nie zapamiętujemy wraz z adresem, bo się jej w nim nie podaje, możemy mieć drobny problem. Jeśli bardzo chcemy, możemy podać po kodzie pocztowym nazwę naszego hrabstwa (county), np. Ceredigion, kraju (Wales) i wreszcie państwa (United Kingdom), jeśli piszemy za granicę. Ufff. To teraz mamy wszystko. Idziemy kupić znaczek na pocztę. Panienka z okienka waży każdą kartkę i kopertę. Kupujemy znaczek, naklejkę, możemy wysłać. Ale, ale. Adres odbiorcy mamy, napisany poprawnie i w odpowiednim miejscu. A adres nasz, nadawcy? Nie piszemy go z tyłu na górze koperty, jak obecnie w Polsce, ale jak to u nas drzewiej bywało, w lewym górnym rogu, po tej samej stronie, co adres odbiorcy.

To teraz zostaje nam tylko znaleźć czerwoną, masywną skrzynkę na listy z napisem Royal Mail i gotowe. Btw, sprawa ze skrzynkami też bywa ciekawa. W każdym kraju mają one inne kolory, rozmiary, kształty, napisy. Wydaje się to oczywiste, ale… Pamiętam, jak wiele lat temu musiałam znaleźć szybko skrzynkę pocztową w Austrii, żeby wysłać kartki pocztowe z kończącej się już wycieczki. Długo jej szukałam, pewnie też dlatego, że ciągle widziałam w wyobraźni polską, małą, czerwoną skrzynkę… A austriacka, którą w końcu znalazłam, była duża i żółta. Skrzynki pocztowe są ważne dla Walijczyków. Pamiętam, że kiedy w jednej z okolicznych wsi poczta chciała zlikwidować skrzynkę, która znajdowała się tam od ponad wieku, mieszkańcy podniesli na tyle skuteczne larum, że skrzynkę uratowali, a całą historię opisała regionalna gazeta.

A teraz dla odmiany, czekamy na paczkę z Polski. Trzeba przygotować jej zawartość pełną prawdziwych polskich skarbów, a potem wyposażyć w adres, więc całą naszą w pocie czoła  na poczcie zdobytą wiedzę trzeba przekazać polskiemu nadawcy, co wcale nie jest łatwe. Ślemy adres mailem, opisujemy, wysyłamy zdjęcia, na których zaznaczamy poszczególne elementy, rozkładamy brytyjski adres wielokrotnie na czynniki pierwsze, a potem na stronie firmy przewozowej jest formularz, którego wypełnienie przerasta wszystko i wszystkich. Walka trwa. Do skutku. Do upadłego. Do osiągnięcia ostatecznego zwycięstwa pocztowego.