Zawodnikiem się nie rodzi, zawodnika się robi

Z zadowoleniem słucham ostatnio wypowiedzi z polskiego świata paleo i sportu o regeneracji, suplementacji czy diecie dla zawodników. A nawet dla osób amatorsko uprawiających sport. Jak sobie przypomnę, co było paręnaście lat temu… Katastrofa. Zajeżdżanie się, „co cię nie zabije, to cię wzmocni„, zrzucanie wagi przez niejedzenie, potem picie piwska i imprezowanie po nocach na obozach sportowych i zawodach, a o diecie czy suplementacji nikt nie słyszał. Nie było podcastów, filmów na youtube ani obowiązkowych lektur książkowych… Przynajmniej nie w sporcie amatorskim, a przerabiałam różne dyscypliny przez kilkanaście lat, z udziałem w zawodach lokalnych, regionalnych i ogólnopolskich włącznie. Dorobiłam się kontuzji po głodówkach, a z obozów wracałam zawsze mocno chora (rozruch, kilka treningów, picie, imprezy, no, niby nikt nie kazał, ale miało się naście lat, a nikt też nie zabraniał i na koniec dobijanie się treningiem nocnym w morzu), brałam antybiotyk (bez probiotyków oczywiście:D) i była powtórka z rozrywki, rok w rok. Brak efektów (w sensie wygranych na zawodach)? No, to za mało treningów, zajeżdżania się. Teraz bym powiedziała: za mało (zero) myślenia. Ale jednak już wtedy kołatała mi myśl w głowie, że zawodnika się robi. Że na jakiś poziom czy sukces pracuje zespół, że jest zawodnik, trener, ale i lekarz, dietetyk, psycholog, fizjoterapeuta, sprzęt. I teraz tak to coraz częściej wygląda. Całe szczęście, bo poza wynikami, może to poprawić komuś zdrowie, a przynajmniej go nie zrujnować. Rzadko bo rzadko, ale zastanawiam się, co by było gdyby… Gdyby tak teraz, mając takie możliwości, zaczynać z tamtą motywacją i organizmem? Nie dowiem się nigdy, ale myślę, że było by o niebo dla mnie lepiej. Nawet bez wielkich wygranych. Teraz niby prowadzę siedzący tryb życia, nie uprawiam sportu, ale nie mogę się przestać ruszać. Codziennie chodzę na półgodzinny spacer (teren pagórkowaty), przez kolejne pół godziny skręcam się i rozciągam ćwicząc jogę i regularnie wstaję od komputera. Taka aktywność niskopoziomowa, uzupełniana przez weekendowe piesze wycieczki przez cieplejszą część roku, na pewno bardziej mi służy niż wcześniejsze treningi.