Zima ciepła vs. zimna (magiczna liczba Economy 7, grzejniki wypchane cegłami zwane storage heaterami i superszyby na niby czyli double glazing)

Wiadomo, że zimą, na co w języku polskim wskazuje już sama nazwa tej pory roku, jest zimno. W Polsce zimą potrafi zrobić się naprawdę zimno. Na dworze. Jak ktoś woli, to na polu też. Ale w nie w domu, gdzie jest ciepło. Na zewnątrz 20 stopni Celsjusza poniżej zera, wewnątrz 20 stopni Celsjusza powyżej zera. Norma. Przez 20 lat mieszkałam w domu, gdzie tak właśnie było. Jest i będzie. Dla mnie to oczywiste. I szczerze mówiąc, nie zaakceptuję ani nie zrozumiem innego stanu rzeczy. Ani nawet nie zamierzam próbować. A właśnie niedawno odkryłam, że w ogóle może być inaczej. I że dla innych to inaczej jest właśnie normą…

Dopóki mieszkałam we wschodnich Niemczech, wszystko pozostawało w temperaturowej normie. Jedyna różnica polegała na tym, że zimą przeważnie nawet nie trzeba było włączać ogrzewania, ewentualnie na krótko, gdy temperatura na zewnątrz spadała do 20 stopni poniżej zera, bo i tak było ciepło w budynkach porządnie zbudowanych i zaizolowanych.

Wszystko zmieniło się w Wielkiej Brytanii. W Wali śnieg pojawia się raz na dobrych kilka zim. Temperatura przeważnie pozostaje na plusie. W tym roku też tak było. Po wprowadzeniu się do mieszkania, nic więc nie zapowiadało klimatycznej katastrofy. Właściciel w ogłoszeniu zachwalał double glazing w mieszkaniu, czyli podwójne szyby w oknach. Gdybym nie znała treści ogłoszenia, to bym się nie zorientowała, że takowe tam są. Podwójne walijskie szyby wyglądają tak, jak polskie pojedyncze. Kolejny powód do dumy ogłoszeniodawcy to Economy 7. Ktoś kiedyś wpadł na kompletnie niezrozumiały dla mnie, totalnie bezsensowny i w ogóle szatański koncept, żeby grzejniki zaopatrzyć w zegary, które będą je załączać na 7 godzin w ciągu doby, żeby się nagrzały i utrzymywały ciepło względnie jego resztki przez kolejnych 17 godzin. Tu trzeba wyjaśnić, że nie są to zwykłe grzejniki. Te diabelskie wynalazki, narzędzia naszych tortur temperaturowych to storage heaters, czyli masywne grzejniki z… cegłami w środku. Te specjalne cegły nagrzewają się i oddają stopniowo ciepło. Ok, może to nie takie najgorsze rozwiązanie? Może i nie było by najgorsze, gdyby nie to, że te magiczne 7 godzin zaczyna się prawie równo w środku nocy o 24.30 (tj.12:30 am, bo godziny tutaj też trzeba podawać inaczej) i kończy o 7.30 rano.  Naprawdę nie wiem, po jaką ciężką cholerę (jestem z siebie bardzo dumna, że potrafię się jeszcze zdobyć na eufemizm w tym kontekście) jest mi najbardziej potrzebne włączone ogrzewanie wtedy, kiedy śpię nie wiedząc o Bożym świecie pod polską pierzyną i w imię czego mam marznąć przez resztę doby??? Odpowiedź jest prosta. W imię wielkiej cnoty Brytyjczyków, tj. skąpstwa oszczędności. Bo akurat w tych godzinach mają najtańszy prąd… Oczywiście można zostawić włączone ogrzewanie przez całą dobę. Chociaż nie sądzę, żeby kogokolwiek w tym kraju było na to stać i żeby komukolwiek przyszło to do głowy. Można też próbować włączyć ogrzewanie na maksa, wtedy w grzejnikach z epoki przedpotopowej popalą się bezpieczniki i rano obudzimy się, niczego nie przeczuwając, w temperaturze przypominającej psiarnię lub kostnicę. Może być też tak, że będą braki w dostawie prądu (kto w ogóle wymyślił ogrzewanie prądem???). Albo, że podobno w ich wyniku, przestawią się zegary, grzejniki nie włączą przez kilkanaście godzin, będziemy zamarzać, a potem słono zapłacimy za rachunek, bo prąd poza magicznymi 7 godzinami kosztuje o wiele więcej. Po tych wszystkich przygodach grzejnik może wyzionąć wreszcie ducha. Wtedy może złożyć się też tak, że żądny zimnej zimy i najprawdziwszego śniegu landlord pojedzie to Europe na narty, a my zostaniemy na lodzie, prawie dosłownie. Jednak bylibyśmy niewdzięczni, gdybyśmy pogrążyli się teraz w rozpaczy czy dali owładnąć sobą wściekłości. Prawdę mówiąc powinniśmy być zadowoleni, że nie mamy dziury w ścianie, pękniętej szyby, wody lejącej się z dachu wprost do kominka, że w ogóle ten dach nad głową mamy, bo przecież wkoło szaleją bijące historyczne rekordy sztormy, powodzie i huragany…

Brytyjczycy potrafią liczyć. My się tego cały czas uczymy. Dlatego już nie liczmy na zrozumienie dla naszych problemów z zimnem. Zrozumieliśmy, że każdy Brytyjczyk wie, że zimą jest zimno. Po prostu. Na zewnątrz jest zimno, to wewnątrz też. To na pewno zgodne z odwiecznymi prawami przyrody. Tylko czy przez ostatnich, choćby tylko kilkadziesiąt, lat nic się przypadkiem w tej kwestii i to w kolebce przemysłowej rewolucji  nie zmieniło??? Nawet najmniejszego postępu? A jednak idea ciepłego domu w czasie kalendarzowej zimy jest Brytyjczykom nadal najzupełniej obca.

Naprawdę, w sezonie 2013/2014, jak nigdy dotąd, tęskniłam za zimą w tradycyjnym, polsko-niemieckim, kontynentalnym wydaniu. Nie tylko za bieganiem z psem po śniegu, białym Bożym Narodzeniem zamiast jego ponurej parodii w wersji wietrzno-deszczowej, ale po prostu za domowym ciepłem. Dosłownie.

Tym razem szczerze żałuję, że punktów w mojej punktacji nie odejmuję i UK dostanie 0 a nie należne -20 za to, jak wyglądają tam warunki życia zimą:

PL:DE:UK

1:1:0

Polub lub udostępnij