Ależ to podobno zdrowo?! Autorski przepis na zdrowotną katastrofę

Jak jadłam, odkąd sama zaczęłam decydować, co jeść? Może nie najgorzej, często pewnie w zgodzie ze zdrowotnym mainstreamem. Mając zacięcie do obserwacji poczyniłam swego czasu trochę notatek dotyczących mojego jadłospisu i teraz wiem, jak wyglądało moje menu, kiedy nie miałam bladego (pewnie też z braku wit. D;-) pojęcia o zdrowiu i jedzeniu. Zapraszam do lektury. Ku przestrodze.

01.07.01 r.

1. Pięć małych naleśników z dżemem brzoskwiniowym + herbata

2. Talerzyk truskawek

3. Osiem kratek gorzkiej czekolady

4. Talerz zupy pomidorowej z makaronem

5. Trzy małe naleśniki

6. Cztery kratki gorzkiej czekolady

7. Talerz fasolki z ziemniakami + herbata

Które z tych produktów lub ich składników, z mojej dzisiejszej perspektywy, nie powinny się znaleźć w moim menu? Pokrótce, tylko dla zajawki: mąka pszenna (głównie gluten), może nawet jajka (zwłaszcza białka, zawierające lizozym), cukier rafinowany (trucizna), olej roślinny (nie smażyłam wtedy jeszcze na oliwie z pierwszego tłoczenia, więc generalnie było bardzo prozapalnie…), następny cukier w postaci fruktozy (uwaga na wątrobę), czekolada (potencjalna reakcja krzyżowa z glutenem), pomidory (naturalne pestycydy), a na „deser” warzywa strączkowe (FODMAP, naturalne pestycydy). Brakuje chyba tylko soi i konserwantów, a chyba poza herbatą nic dobrego… Oczywiście to ogromny skrót. Z czasem zabiorę się dokładnie za każdy taki produkt.

20.10.09

1. Talerz kaszy manny na mleku sojowym z rodzynkami i białym winogronem

2. kawa z imbirem i cukrem kandyzowanym i ciasteczko sojowe

3. omlet z dżemem śliwkowym domowej roboty z własnych śliwek

4. 1,5 kubka soku dyniowo-jabłkowego własnej roboty

5. 2 kanapki z masłem i ogórkiem kiszonym

Co mamy parę lat później? Dalej gluten, w dodatku z dużą ilością soi (fitoestrogeny) i cukru ukrytego pod różnymi postaciami: bakalii, owoców, wypieków i jajka. Ponadto kawa (potencjalne reakcje krzyżowe z glutenem), imbir (uważany za jeden z najzdrowszych pokarmów na świecie, ale uwaga… salicylany!). Sok dyniowo-jabłkowy byłby pewnie znacznie zdrowszy dla mnie bez jabłka. Na zdrowe wygląda mi masło (w Polsce wtedy pewnie od krów pasących się na łąkach a nie tuczonych kompletnie nieodpowiednią paszą z kukurydzy GMO jak w USA) i ogórek kiszony, naturalny probiotyk (jednak uwaga na histaminę i salicylany!).

Ponieważ na takiej diecie nie można długo wytrzymać w zdrowiu (zwłaszcza jeśli się ma określone geny, brało antybiotyki, żyło w stresie itd.), parę lat później miałam kryzys zdrowotny i oczywiście zmieniłam tryb życia na… zdrowszy. Tak mi się przynajmniej wydawało.

W latach 2007-2013 mój typowy jadłospis wyglądał mniej więc tak:

1. Pierwsze śniadanie: płatki owsiane na wodzie lub mleku roślinnym (sojowe, ryżowe, migdałowe, z orzechów laskowych, kokosowe) z łyżką masła, bakaliami, przyprawami, owocami (głównie jabłko albo banan), czasem kawałkiem czekolady, przyprawami a latem sporadycznie z jogurtem.

2. Drugie śniadanie: Ciasteczka (pełnoziarniste, ekologiczne) lub wafelki ryżowe (ekologiczne) z miodem (od znajomego pszczelarza), dżemem (eko lub domowym) albo gorzką czekoladą, ewentualnie kawałek ciasta (eko lub domowe), a do picia kawa lub herbata (poza tym piłam już duże ilości wody, a nie prowadziłam życie, jak to Słowianie mają we zwyczaju, na czarnym czaju)

3. Obiad: przeważnie ryż, rzadziej makaron (pełnoziarnisty oczywiście!) lub ziemniaki, do tego warzywa (latami do głównego zestawu zaliczały się: cukinia, papryka, oberżyna i pomidory…), trochę mięsa drobiowego, ryby lub owoców morza, ale często wege.

4. Podwieczorek: zawsze!!! owoce, czasem np. z jogurtem

5. Kolacja: żeby tradycji stało się zadość, chleb z masłem i jakimiś roślinami, jajkiem lub serem, ostatecznie wędzoną rybą lub wędliną, na ogół dość ubogo.

Pięć posiłków dziennie, o regularnych porach, ostatni jedzony o godz. 18.00, bez śmieciowego jedzenia, w pewnym momencie nawet bez typowych słodyczy, każda etykieta przeczytana i najlepiej z napisem eko-, Bio– czy organic, zależnie od kraju, w którym aktualnie mieszkałam. Pomijam gotowanie na 2 dni, ciągłe smażenie i odgrzewanie, mrożenie, totalny brak zup i urozmaicenia technik kulinarnych, wciąż te same produkty, bo tylko takie niby zdrowe (ortoreksja?). Ciągłe jedzenie produktów zbożowych, mlecznych i sojowych (zwłaszcza niefermentowanych), cukru w postaci tychże zbóż, owoców, bakalii czy miodów, dżemów i warzyw psiankowatych (jeszcze tylko strączkowych mi brakowało…) musiało mnie prowadzić ku równi pochyłej, chociaż nawet tego nie podejrzewałam. Mało tego, byłam święcie przekonana, że robię, co mogę i chucham i dmucham na siebie. A wszyscy dookoła zdawali się mi przyklaskiwać (albo odżywiać jeszcze gorzej, co utwierdzało mnie jeszcze bardziej, że jestem na dobrej drodze…): Jedz jogurt, bo żywe kultury bakterii (tak naprawdę to probiotyczna kpina), jedz jabłko, bo zawiera witaminę C (jakby się składało tylko z witamin, a nie makroskładników typu węglowodany). Do tego stres, brak snu, alkohol przeważnie w postaci piwa, za intensywny sport, w końcu jakiś antybiotyk i inne leki anty, żeby przepis na katastrofę był gotowy.