Polny paradoks

polny paradoksNa spacer z psem chadzam polnymi drogami przez łąki, pola aż po las. Przy drodze, którą chodzę, rosną resztki rumianków, chabrów i innych roślin, które możemy spożywać, przerabiać na napoje, stosować jako składniki kosmetyków albo dekoracje. Dziko rosnące rośliny mają często właściwości lecznicze albo są obojętne dla zdrowia. A mimo to są tępione.

Za to obok, w najlepsze rozrasta się monokultura pszenicy, żyta czy innej zmodyfikowanej przez człowieka trawy, pryskanej chemikaliami, sztucznie nawożonej i… rzekomo zdrowej, mającej stanowić podstawę pożywienia dla osób otyłych, z cukrzycą, chorobami autoimmunologicznymi, alergiami, z niedoborami, źle odżywionych i wszystkich innych… Ewentualnie zamiast traw mamy ziemniaki, które poza brakiem glutenu nie wypadają wiele lepiej na tle traw…

Czy to nie paradoks, że tępimy to, co zdrowe, piękne i naturalne, a hodujemy z takim uporem i nakładami pracy, pieniędzy i trucizn, coś, co nam szkodzi? Czy nie powinno / mogłoby być dokładnie odwrotnie? Nie byłoby nam wszystkim lepiej z trawą na trawniku a nie talerzu? ;-)