Recenzja książki „Zrozumieć dzieci”

Książka „Zrozumieć dzieci”, której autorem jest niemiecki pediatra Herbert Renz-Polster, przedstawia dzieciństwo z ewolucyjnego punktu widzenia: dzieci nie mają deficytów, a ich określone zachowania ukształtowane przez tysiące lat mają przynosić im korzyści i zapewnić przetrwanie.

Wychowanie dzieci z perspektywy ewolucyjnej

Chociaż świat się zmienił, dzieci pozostały te same. Dzieci, rodzice i całe ich otoczenie jakoś muszą sobie z tym radzić. Jak? Autor pokazuje pewne historyczne zachowania, daje przykłady z różnych kultur, a nawet ze świata zwierząt i snuje własne refleksje. Czy warto sięgnąć po tę książkę?

Książka na ten moment zainteresowała mnie głównie z zawodowego punktu widzenia, bo pracuję z dziećmi, przeważnie w wieku przedszkolnym. Na pewno sporo się dowiedziałam i nie mogę odmówić autorowi wiele racji, ale… wolałabym trochę więcej optymizmu i kategorycznych, skazanych na sukces porad;-).

Czego dowiemy się z książki „Zrozumieć dzieci”

Po pierwsze po raz kolejny usłyszałam, że każdy jest inny i nie ma jednej drogi, bo żyjemy w bardzo różnych środowiskach, nie ma też gwarancji na sukces, nawet jeśli wszystko robimy super, ale dobrze jest wiedzieć więcej i umieć rozważyć za i przeciw, czy koszty i korzyści. Nawet różnice między kulturami zbieracko-łowieckimi w podstawowych aspektach opieki nad dziećmi są ogromne. Po drugie, że obecny model popularny zwłaszcza wśród zachodniej klasy średniej, tj. matka z pomocą ojca wychowująca dziecko niekoniecznie jest najlepszy, jak również przedkładanie potrzeb dziecka nad potrzeby innych członków rodziny. Poświęcenie nie, kompromisy w rozwiązywaniu konfliktów tak. I potrzeba całej wioski. Po trzecie, że przecenia się często rolę biologii. Dramatyczne doniesienia z kręgów medycyny funkcjonalnej o każdym badaniu naukowym o tym jak to np. sposób przyjścia na świat dziecka czy karmienia odgrywa ogromną rolę w późniejszym życiu świetnie mi tu pasują… Z drugiej strony przecenia się rolę instynktu na niekorzyść nauki. Ponadto często zbytnio gloryfikuje się wszystko, co uważa się za naturalne (zaraz mi się przypominają stwierdzenia w stylu: uran, rekiny czy wstrząs anafilaktyczny są naturalne, ale czy przez to dobre dla nas?;). Po czwarte, że potrzebne są kompetencje i to one dają większe szanse na sukces wychowawczy niż rozpływanie się z miłości. Po piąte, że dzieci przychodzą na świat z pewnymi oczekiwaniami ewolucyjnymi i ukształtowane genetycznie, co sprawia, że często niewiele można zrobić, żeby coś zmienić. Tyczy się to tak działania na ich niekorzyść (na ogół musi wiele się zdarzyć, żeby ich rozwój nie był prawidłowy), a także niby na ich korzyść: za wczesny trening czystości, nauka języka migowego przed wykształceniem się mowy, zabawki rzekomo stymulujące rozwój. Zastanawiam się, czy część wiedzy z tej książki chciałabym w ogóle mieć, jak na przykład wiedzę o tym, że dziecko może latami płakać bez (znanego komukolwiek?) powodu albo jakie może mieć fobie… W punkt drugi i piąty wpisuje się też przecenianie roli rodziców a już w szczególności matki na niekorzyść rozbudowanej sieci i zaplecza społecznego, co może też prowadzić do poczucia winy czy, brzydko mówiąc, zwalania na nich winy za takie czy inne dziecko, tak typowego do szukającej problemów psychologii Freudowskiej… Zasoby są jednak kluczowym czynnikiem w rozwoju dziecka i życiu rodziny. To akurat według mnie typowe dla podejścia ewolucyjnego;-). Po szóste, bezsensowne jest „parcie na rozwój”, kursy pływania, języka, pseudoedukacyjne zabawki, bo i tak dzieci będą rozwijać się podobnie szybko w najważniejszych aspektach i zależnie od uwarunkowań genetycznych a często środowiskowych (nauka języka obcego w przedszkolu), nawet jeśli tylko będzie się je nosić w chuście. A może nawet lepiej.

Czy mamy z autorem podobne poglądy na wychowanie dzieci?

Czy coś z moich oczekiwań i przeczuć w ogóle się spełniło? Tak. Jedna z rzeczy, które autor poleca: chusta czy nosidełko są lepsze niż leżenie w wózku dla rozwoju dziecka. Za bardzo ograniczamy dzieciom fizyczną bliskość, wolność (zamknięcie w domu czy przedszkolu i wieczny nadzór dorosłych), wybór i różnorodność towarzyszy zabaw do rówieśników, rodzeństwa i dorosłych.  Podobnie trafnie domyślałam się, że spanie w obecności dorosłych jest na ogół korzystniejsze dla dziecka i rodziny, niż izolowanie go w innym pomieszczeniu, chociaż oczywiście mogą być indywidualne różnice. Miałam też słuszne przeczucie w kwestii bezsensowności robienia wielu rzeczy z zegarkiem w ręku: karmienia czy układania do snu i dostosowywania rytmu rodziny do rytmu dziecka a nie także odwrotnie.

Na pewno pomyliłam się przeceniając karmienie naturalne i późne dokarmianie innymi produktami. Z drugiej zaś strony… Autor wyjaśnia, dlaczego dzieci lubią makaron, a nie warzywa, i dlaczego to… normalne:-). Oczywiście można by to przyjąć ze stoickim spokojem i bez walki, ale jeśli pokombinować i nigdy im nie dać tego pszennego, tylko np. makaron z batata, to chyba powinny zjeść z chęcią takie warzywa;-). Skoro więc każdy ma szukać swojego sposobu na sukces wychowawczy, to może właśnie i tak spróbować nawet wyidealizowanego podejścia paleo i w ten sposób załatwić sprawę po swojej myśli i pomyślnie:-). Przeceniłam też trochę rolę ciszy i ciemności w zasypianiu.

Co można wykorzystać w pracy z dziećmi

Na pewno uspokaja informacja o tym, że dwuletnie dziecko, które wyrywa innemu zabawkę czy je uderzy wcale nie ma czy nie będzie mieć spaczonego charakteru i to niezależnie od wysiłków wychowawczych ;-). Patrzenie na dzieci przez pryzmat ich ewolucyjnych potrzeb, a nie jednostkowych wybryków też pozwala na większy dystans do sytuacji. Oczywiście nie zamierzam ryzykować i pozwalać im wspinać się w przedszkolu na meble, nawet jeśli miałoby to im pomóc w rozwoju motorycznym. Po prostu nie mam ochoty się potem tłumaczyć ich opiekunom z potencjalnych wypadków. Na szczęście nie muszę też świecić przykładem przy jedzeniu i tym samym zachęcać ich do konsumpcji, bo te ohydne papki czy płatki z mlekiem są czymś, czego więcej do ust nie wezmę:P Zresztą autor też nie lubi papek ani słoiczków z karmą dla dzieci. Fajnie oczywiście było by, gdyby system powoli się zmieniał i uwzględniał te potrzeby dzieci. Z chęcią pracowałabym w paleo przedszkolu;-) Przy odpowiednim poziomie świadomości rodziców można by nawet pomyśleć o założeniu takiej placówki i wprowadzeniu nowego nurtu do edukacji. Czas najwyższy na następców Steinera czy Montessori;-).

Czego natomiast nie wykorzystam? Rozdział o wychowaniu bezpieluszkowym, jako jednym z możliwych wariantów, chociaż bardzo paleo i dający pewne wyjaśnienie, jak mogło wyglądać życie z niemowlętami w jaskini, chyba potraktuję jako ciekawostkę…

Czy warto przeczytać książkę „Zrozumieć dzieci”?

Tak, żeby dowiedzieć się więcej. Myślę, że książka bardziej przyda się rodzicom niż pracownikom oświaty, bo będą mogli więcej porad faktycznie wypróbować. Wydaje mi się też, że byłoby im to łatwiej zrobić, gdyby książka oferowała oprócz zdjęć dzieci i słodkiej małej kaczuszki, jakieś podsumowanie w formie schematu zestawiającego wiek dzieci i typowe dla niego reakcje, problemy i sposoby na nie. Było by przejrzyściej i łatwiej można było by odszukać daną informację w tym dość opasłym tomie.

 

Polub lub udostępnij