Recenzja „Polskiego przewodnika paleo”

„Polski przewodnik paleo” to jedna z pierwszych polskich książek, a nie przekładów, w polskim nurcie paleo. Autorkami są dietetyk Iwona Wierzbicka alias Ajwen i autorka bloga kulinarnego Cook it Lean (oczywiście nie tylko, ale z tego w paleo jest znana), Katarzyna Karus-Wysocka. Książka obejmuje zarówno podstawy teoretyczne, jak i część praktyczną z przepisami. Sięgnęłam po nią z ciekawości, bo w polskiej paleo społeczności, której jestem aktywnym członkiem, zrobiła furorę, ale i wywołała pewne zamieszanie. Co więc w niej takiego ciekawego?

Książkę kupiłam w styczniu, o czym chwaliłam się na Facebooku;-) Przyszła ładnie zapakowana i z dedykacją od Kasi, z którą znam się z Internetu. Przeczytać udało się do początku kwietnia, a potem zabrałam się za gotowanie według zawartych w niej przepisów.

„Polski Przewodnik Paleo” to wyjątkowa książka

Jedna z dwóch pierwszych (o ile wiem) polskich książek w nurcie paleo, a więc już wpisała się do historii polskiego paleo;-) Ma dwie autorki i budzi to czasami nieporozumienia, bo niektórzy myślą, że Kasia to tylko ta od zdjęć i przepisów, co nie jest do końca prawdą, bo chociaż część teoretyczna pisana jest w liczbie pojedynczej („my” pojawia się chyba po raz pierwszy na 118 stronie, czytałam uważnie, chociaż bez pdfa nie dam sobie głowy uciąć;-)) i głównie z perspektywy pracy dietetyka, to Kasia miała też do niej swój wkład (dopytałam po znajomości u źródła;), a i w części praktycznej znajdziemy wkład Ajwen. Podział na część teoretyczną i praktyczną też jest dość wyjątkowy, przynajmniej jak na moje doświadczenia z paleo literaturą. Chyba większość amerykańskich autorów książek paleo i pokrewnych serwuje czytelnikom najpierw książkę teoretyczną, a potem przepisy (np. Robb Wolf, a ostatnio Terry Wahls) i inne tematy. Ma to swoje dobre i złe strony. Oczywiście dobre są takie, że od razu możemy wdrażać teorię w życie i nie płacimy dwukrotnie, a zła jest taka, że nie na wszystko znajdzie się miejsce.

Zacznę recenzję od braków i krytyki

żeby zakończyć szczęśliwie na pozytywach:-). Są drobne błędy i nieścisłości, które statystycznie muszą się pojawić;-) Jak AGE’s zamiast AGEs mnożenie bytów jak „yams” i „jams”, „maniok”, „juka” i „tapioka – mąka (skrobia) z manioku lub juki” (no, chyba, że chodzi o tę jukę…). Pewnie można to wytłumaczyć wpływem angielskiego, nowością tych produktów na polskim rynku i egzotycznością, która powoduje językowe dylematy. Ogólnie rzecz biorąc, są to drobnostki, których nie wyłapali korektorzy. Są też błędy merytoryczne, jak np. wyliczenie będących strączkami orzechów ziemnych (więc klasycznie nie paleo) wśród orzechów czy oleju z awokado mającego niezwykle wysoki punkt dymienia (znacznie wyższy niż olej kokosowy), co właśnie sprawia, że świetnie nadaje się on do obróbki termicznej, wśród olejów do stosowania na zimno. Powyższe rzeczy to jednak drobiazgi, które statystycznie zdarzyć się muszą. Świadomy czytelnik zawsze będzie sprawdzał informacje, co do których nie jest pewny i po problemie. Najważniejsze jednak, że książka obala mity i poważne błędy dietetyczne typu: jedzenie jajek podnosi poziom cholesterolu, tłuszcze zwierzęce są niezdrowe albo mleko zapewni odpowiednią ilość wapnia i zdrowe kości.

Mam jednak dwa poważniejsze i powiązane ze sobą punkty krytyki. Po pierwsze wybór i wykaz źródeł, na podstawie których książka powstawała, a po drugie jakiś dziwny i arbitralny podział, z braku wielu ważnych pozycji w bibliografii w ogóle trudny do zrozumienia, diety paleo na różne odmiany i wprowadzenie do niej produktów, które są znane w paleo z tego, że znajdują się w kilku (zaledwie) niedozwolonych grupach produktów. Coś jak mięso w diecie jarskiej? Chyba tak. Myślę, że w przypadku diety paleo warto jest wspomnieć o genezie jej współczesnej wersji. Zwłaszcza, że nie ma się tu czego wstydzić, bo jej podstawy były formułowane przez lekarzy i naukowców już od lat 70. XX w. (według mojej obecnej wiedzy). Ciężko w ogóle pisać o diecie paleo nie wymieniając osób, które ukuły ten termin i terminy mu pokrewne. Bibliografię przeglądałam z niedowierzaniem parę razy. Nie ma w niej: Boyda Eatona, Arthura de Vany’ego, Lorena Cordaina, Robba Wolfa (paleo), nie ma w niej żadnej książki Marka Sissona (który swoje podejście nazywa primal), chociaż są jakieś posty z bloga, czyli dokładnie brakuje publikacji tych osób, których działalność jest podstawą ruchu paleo. Tak na marginesie uważam, że to niezwykle ciekawy temat i chciałabym kiedyś więcej napisać o tym, dlaczego ci ludzie są tacy ważni. Nie ma też Nate’s Miyakiego, autora książki „The Samurai Diet”, którą podciągnięto pod paleo (i nie wiadomo w ogóle czemu, bo nie ma nawet jak tego sprawdzić, można się tylko domyślać). Są za to artykuły z polskich blogów, sporo artykułów jednej z autorek i publikacji polskich autorów, którzy do historii paleo na pewno nie przejdą. Na szczęście w bibliografii znaleźli się też  tacy autorzy jak: Amy Myers, Sarah Ballantyne, William Davis, Chris Kresser czy Natasha Campbell-McBride, chociaż niekoniecznie i nie wszyscy od razu muszą kojarzyć się z paleo.

No i właśnie, masz babo placek. Skąd polski czytelnik ma teraz wiedzieć, dlaczego paleo ma się nazywać primal? Dlaczego nazwa promowana przez Marka Sissona ma być lepsza niż ta, którą posługuje się Robb Wolf? Bo tak? Dieta paleo to dieta współczesna, a primal to jedna z jej odmian, a może nawet po prostu pokrewna dieta i styl życia, bo akurat tak podobało się ją nazwać i wypromować Markowi Sissonowi. To nie podział na 10 tys. lat temu (kiedy wszyscy byli jeszcze grzecznie razem facebookowej grupie Jem Paleo), a 1o lat temu, kiedy nagle się obudziliśmy i postanowiliśmy wrócić do diety przodków, ale zmienić nazwę, żeby nie zaszła pomyłka… I dodać kaszę. To tyle o paleo i primal. Tak, paleo ma być dietą silnie zindywidualizowaną, a primal to paleo plus pewne produkty dla pewnych osób w pewnych warunkach. Przynajmniej Mark nie nazywa strączków czy nabiału paleo… Tak, strączki też się pojawiają w primal, chociaż nie ma ich w podlinkowanej infografice, ale można się ich doszukać na blogu. I tu uwaga. Każda rozsądna osoba, w tym Mark Sisson, zastrzega sobie prawo do zmiany poglądów, bo świat i nasza wiedza się zmieniają. Zwłaszcza widać to na blogach, gdzie dużo szybciej można coś zmienić niż w książce. Jeszcze wczoraj coś było takie, dziś jest inne i zawsze warto sprawdzić, porównać, bo można się naciąć na nieaktualne informacje (zdarzyło mi się, więc wiem;). Dlatego tym bardziej ważne jest podanie źródła i czasem dokładnego czasu korzystania z niego. Z tej zmienności wynikają pewnie te dziwne podziały.

Nie ma też czegoś takiego (przynajmniej nie było), jak paleo samuraja. W ogóle jak to brzmi… Dieta jaskiniowca-rycerza feudalnej Japonii. Dieta samuraja to dieta bezglutenowa dla sportowca, zwłaszcza dbającego o piękną sylwetkę, jak autor nazwy i książki przedstawiającej tę koncepcję. I tyle. Wprowadzanie chyba jednego z najbardziej nie paleo produktów, jakimi są zboża i pseudozboża, do diety paleo powoduje, ładnie to ujmując, bałagan. No, bo nagle paleo jest prawie wszystko, co się komu żywnie podoba, bo… tak. To jaką wartość dodaną ma zdrowa dieta bezglutenowa? Że ma ładną i zwięzłą, acz błędną, nazwę, czyli paleo? I ja nie zamierzam tu wchodzić w dyskusję, czemu nie kasza albo komosa ryżowa, bo na ten temat powstały całe książki (np. te brakujące w bibliografii), posty i artykuły naukowe, więc po co się powtarzać. A na zarzut o fanatyzm dietetyczny odpowiem krótko: potrzebny jest jakiś punkt wyjścia, schemat, skrót, żeby każdy mógł tę dietę wprowadzić bez większych problemów i bez zastanawiania się ciągle nad każdym jednym produktem, czy jest paleo czy nie (bo nie jest ekologiczny, sezonowy, lokalny, surowy czy nieprzetworzony, domowy, nie z tego okresu paleolitu czy co tam kto sobie jeszcze wymyśli). Konwencje można jak najbardziej łamać, tylko trzeba je najpierw znać (i tu mam na myśli zdecydowanie bardziej innych czytelników niż autorki, które mają dużą wiedzę i doświadczenie). Nie mam żadnego problemu z tym, że ktoś chce jeść kaszę czy dziki ryż. Skoro chce i może, to czemu nie? Tylko niech nie nazywa tego błędnie paleo. Zamysł pewnie był taki, żeby skusić kaszami jak najwięcej czytelników, w tym z pokoleń wychowanych na polskiej kuchni i potrawach z kaszy. Czy się udało? W internetowym paleo raczej widać młode osoby kłócące się teraz o to, czy chleb gryczany jest paleo czy nie.

Ogólnie książka byłaby naprawdę super, gdyby nie braki bibliograficzne i paleo chaos terminologiczny. Koniec krytyki:-) Książka jest i tak już bestsellerem, więc żadna krytyka jej nie zaszkodzi. Trochę kontrowersji może co najwyżej wzbudzić większe zainteresowanie;-) I bardzo dobrze, bo cenię sobie wkład w zdrowie Polaków, jaki mają obie autorki.

Zalety „Polskiego Przewodnika Paleo”

Książka jest źródłem wielu przydatnych informacji i ciekawostek. Wachlarz poruszanych tematów jest szeroki: od życia i żywienia się ludzi w paleolicie po pułapki wysoko przetworzonego, współczesnego, często śmieciowego jedzenia. Książka przedstawia paleo jako styl życia obejmujący nie tylko dietę, ale też ruch, ekspozycję na naturalne światło, kontakt z przyrodą, a nawet… brud;-) Są też praktyczne listy produktów, prawdziwa piramida żywienia, przegląd ciekawych mąk, podrobów (jest też krew, o której pisałam tutaj;) i przydatnych sprzętów kuchennych.

„Polski Przewodnik Paleo” zawiera też sporo praktycznych porad wypracowanych z pacjentami w gabinecie dietetyka i w kuchni (np. zapytaj otoczenie, co sądzi o wielkości nakładanych porcji, kupuj dziczyznę w skupie dziczyzny a nie sklepie mięsnym, żeby było taniej, sprawdzaj zawartość glazury, kupując ryby, żeby po rozmrożeniu mieć jeszcze co włożyć do garnka itd.). Myślę, że takie porady dodają książce wiarygodności i ułatwią życie czytelnikom i na pewno dobrze przysłużą się popularyzacji paleo i naprawdę zdrowego trybu życia w Polsce.

„Polski Przewodnik Paleo” jest pięknie wydany, co ucieszy każdego bibliofila. Forma sprawia, że bliżej jej do książki kucharskiej niż poradnika albo literatury popularnonaukowej. Zdjęcia są piękne. Nawet najzwyklejsze i najpospolitsze w kuchni produkty (banany, jajka, kawa) są tak sfotografowane, że nabierają magicznego piękna. Ja bardzo lubię taką stylistykę. Widok atrakcyjnego jedzenia i utensyliów kuchenny kojarzy mi się od razu z uładzoną, bezpieczną przestrzenią, w której dobrze jest żyć i jeść;-). Przekrój przepisów jest spory, od najprostszych, jak smażone banany, tradycyjnych, jak zrazy, po nowoczesne, jak kokosowy pudding z chia i zapomniane, jak przepis na mózg czy grasicę (nie obawiajcie się, zdjęcia są dyskretne;). Jak ktoś nie umie gotować, dostanie dobrą szkołę, przerabiając wszystkie przepisy. Bardziej zaawansowani też nie będą się nudzić. Przepisy czyta się z przyjemnością, bo widać kulinarną erudycję  i ogromną praktykę autorki. Gotuje się według nich też przyjemnie.

Podsumowując

„Polski Przewodnik Paleo” warto przeczytać, ale na pewno nie jako jedyną. Wydawać by się mogło to oczywiste, ale po wypowiedziach zacietrzewionych obrońców „paleo samuraja” i „paleo kasz” w tonie: „Czytałam ‚Polski przewodnik paleo’ i reszta mnie nie obchodzi”, uważam to jednak za dość nieoczywisty pomysł. Lepiej też nie czytać tej książki jako pierwszej z tematu i najpierw sięgnąć do klasyki paleo, w oryginale lub przekładzie, np. do książki Robba Wolfa, żeby mieć szersze horyzonty i zacząć od podstaw.

Polub lub udostępnij