Sylwester na walijskiej wsi spokojnej

Sylwestra spędzałam już w różnych miejscach: w dużych miastach, na wsi, w Polsce, w Niemczech, teraz tu, w wiosce w północnej Walii. W dużych miastach było podobnie, tj. głośno i masowo, więc nie ma, co za bardzo opisywać.  A na wsi?

Na polskiej wsi zawsze cholernie mnie irytowały petardy odpalane już na jakieś dwa tygodnie wcześniej i do tygodnia później. Nie dość, że to pozbawione wszelkiego uroku (jak czekoladowy Mikołaj na marketowej półce w październiku albo światełka na choince przed domem mokrej od listopadowego deszczu), to jeszcze mocno irytujące dla innych ludzi, o zwierzętach nie wspominając (zresztą, kto by się tam nimi przejmował?!). Noc Sylwestrowa na polskiej wsi to jeden wielki, bezsensowny huk, robiony chyba tylko po to, żeby sprawdzić, kto kupił więcej petard (nazywać to fajerwerkami byłoby grubą przesadą). Nie ukrywam, że przymusowej zabawy i nieprzespanej sylwestrowej nocy nie lubię.

A jak było na walijskiej wsi? Spokojnie. Można było wcale nie czekać do północy i iść spać. Przy czym nie da się powiedzieć, że fajerwerków nie było. Akurat nie padało i kilka większych wybuchów na plaży było słychać. Nie da się też odmówić Wyspiarzom umiejętności zorganizowania fajerwerków, czego byłam świadkiem w Dniu Guya Fawkesa (pokaz sztucznych ogni w małej wiosce był zdecydowanie okazalszy niż w przeciętnej wielkości mieście powiatowym w Polsce w Sylwestra). Główna różnica to nie ilość wystrzelonych petard, tylko kultura świętujących.

Polub lub udostępnij