Zmiana kierunku

W obliczu objawionych mi przez medycynę problemów przyszedł nieunikniony czas na zmiany. Zaczęłam od szukania informacji. Najbardziej po drodze było mi w internecie. W międzyczasie stałam się kłębkiem nerwów nękanym coraz bardziej bezsennymi nocami, nie mogłam pozbyć się fałdki na brzuchu (spoko, szczupła byłam i tak), miałam coraz większe problemy trawienne, a co najgorsze, większości problemów po prostu nie byłam świadoma.

Wydawało mi się, że skoro nie biorę żadnych leków, nie łapią mnie grypy i trzymam się na nogach o własnych siłach, to jestem zdrowa. Zaczęłam jednak, czując się coraz podlej i słuchając wiecznych narzekań otoczenia dotyczących braku snu, spokoju, sił i energii oraz ciągle złego samopoczucia i multum innych problemów, zapominać o tym, co podpowiadała mi intuicja i myśleć, że widocznie zaczynam się starzeć, dziadzieć i teraz czeka mnie wiele lat wiedzenia nędznej egzystencji nękanej wszelkimi możliwymi plagami. Gdzieś głęboko w głowie miałam od dziecka zakodowane, żeby nie słuchać naiwnie jednego lekarza i że kluczem do zdrowia jest jedzenie. Zaczęłam więc od diet.

Oczywiście, jak większość użytkowników internetu, oglądałam idiotyczne obrazki publikowane nawet (?) przez dietetyków czy przedstawicieli pokrewnych dziedzin o treści mniej więcej takiej: dlaczego owoc x jest zdrowy (w domyśle: dla całej ludzkości)? Bo ma witaminę x, y, z i działa trawiennie zbawiennie. Potem szłam do sklepu i szamałam owocki. Najlepiej z jogurtem albo pełnoziarnistymi płatkami owsianymi na śniadanie. No, bo zdrowo, nie? Ale coś było ewidentnie nie tak… Zaczęłam dowiadywać się o dietach, które nigdy mnie nie interesowały, bo przecież na diecie są tylko ci, co chcą schudnąć i się głodzą albo już mocno chorzy…

Na początek wzięłam na warsztat coś lekkiego… Dietę lekkostrawną, potocznie zwana wątrobową. Zaczęłam unikać tłustych produktów, studiować wnikliwie etykiety serów i jogurtów, i prędko się okazało, że wybór bardzo mi się zawęził w tym względzie. Pieczywo pełnoziarniste zamieniłam na bagietkę itd. Problemy nie zniknęły. Czyli pewnie problem z psychiką. Zaczęłam znowu szukać odpowiedzi na dręczące mnie pytania wierząc, że trzeba wydrzeć je przepastnym czeluściom podświadomości. Lubiłam od dawna słuchać podcastów, interesowałam się już wcześniej trochę psychologią, zwłaszcza ewolucyjną i trafiłam na podcasty Charakterów. Polecam. Wciągnęły mnie tak bardzo, że ani się obejrzałam, a już mi się skończyły i musiałam poszukać czegoś nowego. I tak odkryłam audycje Grażyny Dobroń w Trójce: Dobronockę i Instrukcję obsługi człowieka. Pierwsze podcasty to był szok poznawczy. Tyle nowej wiedzy, totalnie nieznanej, której istnienia nawet nie przeczuwałam. Nagle okazało się, że jem jakieś szkodliwe śmieci jak makaron pełnoziarnisty z pszenicy czy wafelki ryżowe, że siedzenie całymi dniami z laptopem na kolanach może nie być dobrym pomysłem…

Zaczęłam głębiej drążyć temat, rozwijać się. Ponadto oglądałam,  co prawda początkowo bez przekonania, prelekcje TED(x). Trafiłam na prelekcję Lissy Rankin i to był prawdziwy kamień milowy na mojej drodze po zdrowie. Ta pani opowiadała swoją historię, które przypomina historie tak wielu osób, w tym mnie. Moja podróż zaczęła nabierać tempa. Przeprowadziłam się do innego kraju, z wielkiego miasta na małą wieś za górami, za lasami, za morzami, zamiast bezskutecznie szukać pracy czy prowadzić bez większych sukcesów (zwłaszcza finansowych) własną działalność, zaangażowałam się w wolontariat, karate porzuciłam dla jogi, zaczęłam prowadzić mojego pierwszego bloga, chodzić na codzienne spacery, a do tego próbować wszelkich możliwych terapii. Zaczęłam interesować się gotowaniem, dbać o większą różnorodność produktów, jeść kasze i dużo warzyw, przestałam bezsensownie nadużywać przypraw, byle by było pikantnie. Zrobiłam trochę badań (mniej lub bardziej niekonwencjonalnymi metodami) i postanowiłam zastosować się do wszystkich zaleceń, a było ich wiele.

Polub lub udostępnij